Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 272 297 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Jesteśmy umówieni

czwartek, 19 lutego 2009 17:19
Jolanta Brózda: Z czym się Ojcu kojarzy adwent?

O. Michał Zioło, trapista: Mój ulubiony kolor to fiolet. Nie jest smutny, kojarzy mi się z czymś łagodno-wymagającym. W dzieciństwie adwent był wczesnym wstawaniem na roraty i chodzeniem po śniegu do rozjarzonego kościoła. Najpierw śpiewaliśmy pieśń powitalną przed obrazem Matki Bożej Dzikowskiej, potem kościół zaczynał płonąć światłami. Powrót do domu był podróżą ze światła przez mróz do ciepła domu. Adwent to dla mnie tak intensywny czas oczekiwania, że stał się moim powołaniem.

W jakim sensie?

- Bo mnich to człowiek adwentu.

Co to znaczy być człowiekiem adwentu?

- O. Tymothy Radcliffe powiedział, że mnich podobny jest do człowieka czekającego na przystanku na autobus. Autobusu nie widać, ale on czeka. Przez swoją cierpliwość mówi: "Autobus przyjedzie" i zachęca innych do czekania. A więc czekaj, mimo że jesteś w opłakanym stanie duchowym, może zżera cię rozpacz, może twoja kariera zawodowa nie jest tak błyskotliwa, jak byś chciał...

Kapitan Mamert Stankiewicz, bohater książki "Znaczy kapitan", kiedy wypływał w rejs, wychylał się z mostka kapitańskiego i mówił do swojej żony adwentowe zdanie: "No to jesteśmy umówieni". Dla mnie adwent to czas, kiedy Bóg mówi do mnie: "Jesteśmy umówieni".

Czekać - łatwo powiedzieć. Ale jak to zrobić?

- Myślę, że czekanie musi być bardzo aktywne. Dla nas, mnichów cysterskich to znaczy: "Czuwajcie". Wstajemy o pierwszej, drugiej w nocy na modlitwę, by pokazać, że jesteśmy gotowi. To są niezwykłe momenty, choć wariackie i nielogiczne ze zdrowotnego punktu widzenia.

Wokół adwentu zrobiło się ostatnio zamieszanie, kiedy poznaliśmy nowe brzmienie przykazań kościelnych. Według nich adwent nie jest czasem pokuty tylko radosnego oczekiwania. Nie jest to więc "czas zakazany", w którym nie urządza się "zabaw hucznych".

- Myślę, że nie ma co komplikować sprawy i patrzeć na adwent tylko z perspektywy "wolno - nie wolno". Lepiej skupić się na tym, by dobrze czekać, a żeby tak się stało, trzeba ćwiczyć.

Co ćwiczyć?

- Walkę z sobą samym.

Dlaczego trzeba walczyć ze sobą?

- Bo myślę, że jesteśmy okropni. Mamy bardzo szlachetne pragnienia: Boga, dobra, ale te pragnienia mogą nas zniszczyć, bo nie ma w nich wiary. Wiara polega na tym, jak mówi ksiądz Tomasz Węcławski, że w zwykłych zdarzeniach dostrzegamy światło i umiemy przyjąć rzeczywistość, która od nas nie zależy. A my mówimy: "Miłość, która nas łączy, to musi być coś oryginalnego, wysokiej jakości, na moją miarę". Jednak moja miara: wysoka, wybredna, potrafi zabić codzienną prostą miłość. W ten sposób "ja" przyjmuje rolę Boga. W tym ukryta jest bardzo subtelna pycha. Dlatego bardzo bym przestrzegał przed robieniem z adwentu i Bożego Narodzenia czasu dobroci.



Ale przecież wtedy ze wszystkich dobroć się wylewa: są akcje charytatywne, jarmarki, zbiórki.

- Ale to nie jest istota Bożego Narodzenia. Kościół nie jest związkiem charytatywnym mierzonym ilością paczek, choinek, odwiedzin. Najpierw jest orędzie: "Bóg stał się człowiekiem". Paczki dla biednych to jego konsekwencja. Nie zaczynajmy od konsekwencji, bo one mogą zagłuszyć to, co istotne. W ten sposób najpierw nakręcamy się dawaniem, a potem w święta zamykamy się w domach i ze spokojnym sumieniem spożywamy to, co nagromadziliśmy jak chomiki.

Podarki są wyrazem miłości, ale wyobraźmy sobie żonę mówiącą do męża: "Chciałabym, żebyś mnie kochał". A on na to: "Przecież kupiłem ci to i tamto". Kobieta może się wtedy poczuć jak spoliczkowana.

Adwent to czas wyciszenia. Co powiedzieć zaganianemu człowiekowi, który twierdzi, że nie ma czasu na wyciszenie?

- Że nie jesteś wcale taki zaganiany. Masz czas, zwłaszcza kiedy trafisz na oddział reanimacji, gdy szef wyrzuci cię z pracy. Wtedy masz czasu ponad miarę.

Ale to są ekstremalne sytuacje.

- Przywołuję je po to, by się zastanowić, czy aż takie sytuacje muszą się zdarzyć, żeby się przekonać, że jednak mamy czas.

Czy warto robić dobre postanowienia adwentowe? Ten zwyczaj, który pamiętamy z lekcji religii, może się wydawać infantylny.

- To ja jestem bardzo infantylny, bo ciągle muszę sobie mówić: "Kochany misiu, będziesz w adwencie nieco lepszy". Ale to zbyt ogólnie brzmi, więc mówię np.: "Będziesz mniej panikował, mniej się denerwował - tyle wystarczy".

Wielu wierzących unika postanowień, nie chodzi do spowiedzi, bo uważa, że ciągle popełnia te same grzechy.

- Pewien stary spowiednik powiedział do penitentki: "Moja pani, niech się pani cieszy, że przychodzi ciągle z tymi samymi grzechami, a nie dorzuca czegoś bardziej oryginalnego". Jeśli mnich popełnił grzech, św. Benedykt mówił: to tylko wpadka, trzeba się podnieść i iść dalej, a nie podawać się do dymisji. Walka duchowa nie musi się zakończyć sukcesem.

Ale każdy go oczekuje.

- Tak - i wtedy powie: "Ale fajnie, już się pozbyłem wady, jaki jestem miły i sympatyczny". Mnie się wydaje, że praca duchowa to ciągłe sztukowanie i sklejanie dziurawego okrętu, do którego wdziera się woda.



Cała nasza robota życiowa polega na wylewaniu tej wody?

- Na wylewaniu, zatykaniu dziur i nie irytowaniu się na innych majtków, że nie pracują tak jak my. Tak da się płynąć.

A gdzie czas na pucowanie okrętu, na przyjemność pływania?

- Ważne jest, że mimo wszystko płyniemy do portu. Na tym polega adwent. Kiedyś zachwyciłem się ikoną dobrego łotra, który pierwszy się dostał do raju. Nikogo tam nie było, więc siedział pod rajskim drzewem skulony, źle ubrany. Dobry łotr niczego dobrego nie zrobił, powiedział tylko Jezusowi na krzyżu: "Wspomnij na mnie...". Odpowiedź Chrystusa była piękna: "Jesteśmy umówieni".

Ojciec niedawno wrócił z klasztoru w Kamerunie. Jak tam wygląda adwent?

- Przebiega bardzo szybko - to czas narastającej radości, niezwykle dyskretnej. Są prace, ćwiczenia duchowe, które staramy się spełniać szybko i z radością. Porównuję je do oczekiwania na świątecznych gości. Pracujemy, kupujemy, ale to nas nie męczy, bo cieszymy się, że ktoś nas odwiedzi. Przez tydzień nowicjusze budują dużą szopkę (cystersi mają fioła na punkcie człowieczeństwa Jezusa). Nawet jeśli szopka jest nieudana, bardzo się z niej cieszymy.

Radość Bożego Narodzenia też jest dyskretna. Nie ma wieczerzy wigilijnej, po pasterce dostajemy po kubku kakao i słodką bułeczkę. To całe świętowanie tej nocy. Po polskiej Wigilii to wygląda bardzo ascetycznie.

Następnego dnia nie ma już nic ekstra?

- Jeśli ryby uważać za "coś ekstra", to tak.

W Kamerunie adwent jest też czasem wielkiego pucowania klasztoru, przeganiania karaluchów, szczurów i... ćwiczenia tańca. Taniec liturgiczny mnichów to nie skoki baletu Teatru Bolszoj. Składa się z bardzo dyskretnych, ale wyrazistych ruchów wykonywanych bez przemieszczania się, przy oszczędnej muzyce. Taniec przygotowywany jest na święta i w tym jest głęboka symbolika: mnisi tańczą, mimo że Boże Narodzenie jeszcze nie nadeszło. Tak jakby Jezus powiedział: "Jesteśmy umówieni, możecie już tańczyć".


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Homilia o eucharystii

środa, 18 lutego 2009 23:11

Jezus powiedział do Żydów: „Gdybym Ja wydawał świadectwo o sobie samym, świadectwo moje nie byłoby prawdziwe. Jest ktoś inny, kto wydaje świadectwo o Mnie; a wiem, że świadectwo, które wydaje o Mnie jest prawdziwe. Wysłaliście poselstwo do Jana, i on dał świadectwo prawdzie. Ja nie zważam na świadectwo człowieka, ale mówię to, abyście byli zbawieni. On był lampą, co płonie i świeci, wy zaś chcieliście radować się krótki czas jego światłem.
Ja mam świadectwo większe od Janowego. Są to dzieła, które Ojciec dał Mi do wypełnienia; dzieła, które czynię świadczą o Mnie, że Ojciec Mnie posłał. Ojciec, który Mnie posłał, On dał o Mnie świadectwo. Nigdy nie słyszeliście ani Jego głosu, ani nie widzieliście też Jego oblicza; nie macie także Jego słowa, trwającego w was, bo wyście nie uwierzyli Temu, którego On posłał. Badacie Pisma, ponieważ sądzicie, że w nich zawarte jest życie wieczne: to one właśnie dają o Mnie świadectwo. Wiem o was, że nie macie w sobie miłości Boga. Przyszedłem w imieniu Ojca mego, a nie przyjęliście Mnie. Gdyby jednak przybył kto inny we własnym imieniu, to byście go przyjęli. Jak możecie uwierzyć, skoro od siebie wzajemnie odbieracie chwałę, a nie szukacie chwały, która pochodzi od samego Boga? Nie sądźcie jednak, że to Ja was oskarżę przed Ojcem. Waszym oskarżycielem jest Mojżesz, w którym wy pokładacie nadzieję. Gdybyście jednak wierzyli Mojżeszowi, to byście i mnie wierzyli. O Mnie bowiem on pisał. Jeżeli jednak jego pismom nie wierzycie, jakżeż moim słowom będziecie wierzyli?"
J 5, 31-47

 

Dzisiaj chciałbym opowiedzieć o Chlebie Życia. Może właściwie o Chlebie, który tworzy wspólnotę, bo jesteśmy razem - to nie ulega wątpliwości - tworzeni przez Chleb i zebrani w imię tego Chleba. Jesteśmy tutaj zgromadzeni w imię Pana. I teraz, wiadomo, że wspólnota jest rzeczą dobrą i nietrzeba do tego wiary. Zdajemy sobie sprawę, że wartości wspólnoty są dostępne na poziomie czysto racjonalnym poza kontekstem religijnym - to jest normalne. Gromadzimy się razem po to, żeby coś pchnąć, gromadzimy się razem, bo wspólnota jest pewną siłą - to jest wiadome. Jakby tu ukazać specyfikę wspólnoty chrześcijańskiej? Bo wspólnot jest bardzo dużo. Ostatnio oglądałem w telewizji wspólnotę - posłuchajcie - Indian Polskich: dorośli ludzie, chodzą w kapeluszach, modlą się do Wielkiego Manitou, palą fajkę pokoju... Ja myślałem, że to są żarty - zaśmiewałem się do łez. Nie, ta wspólnota jest rzeczywista - te polskie twarzyczki, pyszczki w okularach i pióropuszach. Ja byłem przerażony później ponieważ to jest dowód na co... Na wielką potrzebę wspólnoty i to wspólnoty religijnej. My się możemy z tego śmiać: z pióropuszów i z fajki pokoju, ale te anomalie wpływają z tego co jest brakiem wspólnoty. Rodzą się z potrzeby, która nie jest zaspokajana. Wielość wspólnot... Czym my się charakteryzujemy? Czy jesteśmy jeszcze jednym zebraniem? „Zgromadziliśmy się tutaj aby..." charakterystyczne, wiecowe... Określamy naszą wspólnotę jako wspólnotę uczty - to jest najpierw, a później - jako ofiarę. I tymi dwoma aspektami Eucharystii, chleba, który buduje wspólnotę, chciałbym się dzisiaj zająć. Otóż nasza wspólnota gromadzi się na ucztę. Na ucztę - i to od razu ją determinuje, że nie jest to wspólnota totalitarna. To nie jest wspólnota taka orwellowska, która gromadzi się na seanse nienawiści. Pokazujemy portret, specjalna muzyka i wtedy krzyczymy: „zniszcz, ukrzyżuj, podepcz..." Jesteśmy wspólnotą uczty. Człowiek na uczcie jest człowiekiem rozluźnionym, on jest u siebie. On jest człowiekiem, który znajduje się u siebie w domu. Mało tego: on jest we wspólnocie kimś, nie traci swojej twarzy. Ja chcę każdego z was zauważyć i widzieć twarz! Nie dlatego, że się ksiądz rozgląda, bo jest rozproszony. Twarze wasze muszą utkwić w mojej pamięci, każdy z was jest inny i wspólnota chrześcijańska nie może tego zgubić. Bo jeśli zgubi to przerodzi się to w totalitaryzm. To nie mogą być tłumy! Każdy jest inny... To jest nawet bardzo mocno sformułowane w nauce Kościoła: aspekt chrystologiczny Eucharystii. Chrystus jest Głową, czyli Tym który jednoczy nas. Natomiast Duch Święty, który jest obecny w całej Eucharystii jest elementem różnicującym, o dziwo. To znaczy chroniącym naszą indywidualność. Duch uświęca każdego z nas osobno! To nie jest taka pięść Majakowskiego, w której zatraca się palec, jednostka. To nie jest komunizm! To jest wspólnota uczty, na której każdy znajduje swoje miejsce, swoją szatę, fascynacje sobą i drugim człowiekiem, gdzie każdy czuje się u siebie. Wy musicie się czuć tu u siebie! To nie jest sala koncertowa - to jest wasz dom, to nie jest sala prelekcji - to jest wasz dom. Macie prawo decydować o tym domu; właśnie wy! To jest coś bardzo pięknego: poczuwanie się do własności, „to jest moje". Nie to, że „księdzu tynk dpada", tylko, że „mnie tynk odpada, to jest moje". Ale do tego muszą się wychować dwie strony: i ksiądz, i wierni. Bo jeśli nie będzie współdziałania to będzie polaryzacja stanowisk i to będzie fikcja a nie wspólnota, chociaż gromadzimy się wokół ołtarza. Nie jest to także wspólnota interesu. My się tu nie gromadzimy na ucztę - jak by to powiedzieć - „dla..." O właśnie! Nie gromadzimy się „dla...". Nie gromadzimy się „dla większej sprawiedliwości", „dla większej wolności" się nie gromadzimy... Czyli nie tworzymy wspólnoty dla tego, żebyśmy uzyskali coś czego bez tej wspólnoty w żaden sposób byśmy nie uzyskali. Logika naszej wspólnoty uczty jest inna. To nie jest logika: „posiadać, by być", tylko logika: „ofiarować, by być", to jest całkiem coś innego. Nasza wspólnota to nie jest środek do realizowania większej sprawiedliwości. Ale ona jest usprawiedliwieniem człowieka, to ona jest sprawiedliwością i chwałą Boga. Sobór mówi tak: „wszyscy przez wiarę i chrzest upoważnieni do czynnego uczestniczenia w Eucharystii realizują plan woli Bożej jakim jest - posłuchajcie - tworzenie Ludu Bożego". Tworzenie jest już sprawiedliwością i chwałą Pana. Wspólnota uczty jest wspólnotą radości i ufności. Nie wszystkie wspólnoty są wspólnotami radości, bezpieczeństwa i ufności. Nie wiem czy wiecie skąd się wziął gest - taki męski - kiedy podnosi się alkohol i mówimy: „razem", „sto lat" i wychylamy na komendę - w naszych wspólnotach rodzinnych na przykład, przy pierwszej komunii na przykład. Wtedy jest zbiorowisko oparu i komenda: „no to raz", „no to drugi", no to trzeci"... Otóż bierze się to ze zwyczaju zbójeckiego. Wspólnota zbójecka nie miała do siebie zaufania. Człowiek, który wypija alkohol jest człowiekiem bardzo bezbronnym ponieważ obnaża swoje gardło. Kompan może je podciąć, a więc najlepiej wychylać razem. Więc jest: „razem". Nie tak będzie u nas na wspólnocie uczty, jesteśmy ufni do siebie. To o. Jan opowiadał jak był na Jasnej Górze i był taki tłok; na to się rozlega w kaplicy: „niech się Pani odsunie, bo będę bić baranka". To znaczy właśnie jakieś takie niezrozumienie tłoku, że każdy jest u siebie. No, jest ciasno, ale każdy poczuwa się, żeby drugiemu było lepiej (zwłaszcza ksiądz się poczuwa, który ma tutaj dużo miejsca - jestem z wami). Więc nie możemy traktować wspólnoty instrumentalnie i każdy u nas powinien czuć się bezpiecznie, odpowiedzialny za to wszystko co znajduje tutaj. Każda uczta powinna być radością, a zwłaszcza ta uczta gdzie Panem, który usługuje nam jest Jezus Chrystus. I On jest. Radość bierze się ze świadomości Jego obecności. Jak kapłan kreśli znak krzyża i mówi: „Pan z wami", to nie jest: „hello, jak się macie?", tylko to jest informacja, święta informacja: „Pan jest! Pan jest wśród nas!" I ta obecność się intensyfikuje, ona wzrasta przez Słowo Boże, a później przez przemianę chleba i wina w Ciało i Krew Jezusa. Ta radość bierze się z poczucia obecności. Słuchajcie, my nie mamy takiego entuzjazmu jak Jan, jak kochany Jan Ewangelista. Jemu zabrali Pana, zabili mu Pana, a potem Piotr go zaciągnął - bo żyć trzeba - zaciągnął go z powrotem do sieci i ten Jan łowił z tym Piotrem te ryby. A scena była taka, taka na powołaniówkę, wiecie: zachód, przychodzi Pan Jezus, rzucają sieci, łodzie, ojca rzucają synowie Zebedeusza i za Panem Jezusem. Impreza się skończyła - oni z powrotem do sieci. No przecież... Gdzie ich Chrystus znajduje? - Łowiących ryby. A przecież mówił: „nie będziecie łowić ryb, będziecie łowić ludzi". I Jan jest w tym wszystkim taki bardzo biedny, pływa na tej łodzi i czeka na Pana. Słuchajcie, i Ewangelia jego jest piękna. Bo majaczy na brzegu postać Pana i Jan woła: „jest Pan!", to znaczy: „nie będę łowił cuchnących ryb". „Jest Pan", czyli wszystko wraca, moje marzenia wracają, moje piękno wraca, mój zachwyt nad Panem wraca... Ten krzyk Jana to jest krzyk Eucharystii: „Jest Pan". Wszystko inne można sobie spokojnie darować, obecności nie można przegapić. Czy to jest tłok, czy organista dobrze czy źle śpiewa, czy kapłan jest przygotowany czy nie, czy nudzi, czy zasypia, bo jest zmęczony... To nie jest takie ważne! Ważne, tak, ale nie takie ważne. Tu jest Pan! Próbujcie się przebijać przez te mury takie: estetyzmu, bo ten jest taki a ten jest inny, to nie ma nic do rzeczy, jest Pan i to się liczy. Musi być w nas zachwyt Jana. Co Jan zrobił? Co Piotr zrobił? Piotr się rzucił przez fale do brzegu. To jest wspólnota uczty w radości. I żeby zamknąć ten rozdział uczty, gdzie każdy powinien się czuć jak u siebie, z radością, powiem jeszcze, że jest to wspólnota świętych, że Kościół jest wspólnotą świętych! Aj, zaraz nam się lampka zapala: „oj, nie, nie jesteśmy tacy święci'. Jesteśmy strasznie nieufni. Jak się mówi „Kościół święty" to wtedy Jaś z IV klasy szkoły podstawowej mówi: „A proszę księdza. A dominikanie nie palili? Palili. A ogniska na Wielkanoc płonące na dziedzińcu dominikanów to na jaką pamiątkę? Stosów, proszę księdza, stosów!" Po Poznaniu takie plotki chodzą: „Już nie mogą nikogo spalić to przynajmniej palą to drzewo. I tak ta tęsknica w oczach: świętą wiarę chcieliby obronić, a tu się nie da! Bo wszyscy wierzący. Herezji Polska się nie dorobiła, bo teologia zbyt słaba. Mariawitów mamy, ale to nie jest to..." No właśnie. Jak to jest z tą świętością? Od czasu do czasu jakieś plenum pod postacią soboru, samokrytyka, pojawia się jakiś Gorbaczow w tiarze, lekka zmiana, lekka przebieżka, a potem znowu. I znowu samokrytyka, i tak mówimy: „gdzie tu jest ta świętość Kościoła? A to nie widzimy co się z księżmi dzieje, nie widzimy co się dzieje z wiernymi?" Święty, powszechny, katolicki. Co z tą świętością w Kościele? Uczta jest wspólnotą świętych! Czy Kościół was kłamie? Nie. To jest wspólnota świętych, ale nie przez swoją świętość tylko przez obecność - to trzeba zapamiętać - Kościół jest święty bo jest w nim Jezus Chrystus! Nie przez swoich członków. Święty Cyprian porównuje nas... Wiecie, on był już dawno żyjący więc się nie obrażajmy na niego. My jesteśmy takie zwierzaki w Arce Noego. A Noe zabierał do Arki zwierzęta czyste i nieczyste. I Cyprian mówi tak: „Jesteśmy w Arce, ale z Arki wyjdą jedynie zwierzęta czyste." To znaczy, że ze zwierząt nieczystych zostaną stworzone zwierzęta czyste. Arkę opuścimy wszyscy czyści, już Izraelita, który będzie nas spożywał nie będzie się zastanawiał: „czy to świnia - zwierzę niechlujne, czy baranek, czy może zając, który według wierzeń przeżuwał?" O co chodzi? Jezus jest we wspólnocie, wspólnota jest święta, czerpie świętość z Jezusa, soki czerpie z Jezusa Chrystusa - to jest strasznie ważne i to zapamiętajmy. Jezus jest. Ja nie wiem czy Jezus działa poza granicami Kościoła, na pewno działa, nie możemy go krępować sakramentami. Ale tu go pewnie znajdujemy! Tu jest pewny... Ale Eucharystia to jest także ofiara i zwróćcie na to jakoś bardzo mocno uwagę. Ponieważ Eucharystia jako ofiara pokazuje w jaki sposób powinna być tworzona wspólnota, żeby była wspólnotą zbawienia. Jest uczta, ale jest i ofiara. Ona nie jest tworzona na bazie kompromisu. Nie myślcie, że my dogadujemy się, to nie jest kompromis: jak zachować moje prawo indywidualne, kiedy koliduje ono z prawem powszechnym? Wtedy wspólnoty demokratyczne zawierają kompromis - rezygnuje każda ze stron. Inaczej jest budowana wspólnota eucharystyczna. Wspólnota eucharystyczna zbudowana jest na ofierze. U Jana nie ma obrzędu ustanowienia Eucharystii w Ewangelii, natomiast jest obrzęd umywania nóg, który przez biblistów jest interpretowany jako obrzęd ustanowienia Eucharystii, ofiary... To znaczy: ja, pożywając Ciało mojego Pana muszę wsłuchiwać się w rytm kroków mojego współbrata, mojej siostry. Ja pożywając Ciało Pana muszę ofiarować tej osobie samego siebie, to są bardzo wielkie słowa... Umywanie nóg to jest wezwanie, żeby wspólnota była ofiarą z mojej ciekawości, z mojej ekspansji, z mojego totalitarnego zawłaszczenia drugiego człowieka. Kiedy umywasz nogi musisz zdjąć sandały i tak właśnie bosą stopą - jak Mojżesz - wejść w teren święty, którym jest serce twojego brata. Nie wolno się tam pakować z kaloszami. To mamy pożywając Ciało Pana. Pożywasz Eucharystię i musisz sobie wtedy uświadomić, że to jest ofiara czyli zafascynowanie się drugim człowiekiem jako sakramentem kruchości. Sakrament kruchości - drugi człowiek jest takim sakramentem. To znaczy ofiaruj swój czas, ofiaruj samego siebie, bo tego człowieka jutro już obok ciebie być wcale nie musi, być wcale nie musi... Człowiek jest wrażliwy i zabić go może kawałek metalu w locie - może, może zadręczyć go depresja - może, może odjechać - może... Dlatego się śpiesz. A żeby się otworzyć na drugiego człowieka trzeba ofiary i to bardzo wielkiej. I już na koniec... Ofiara to jest także radość. Ale pamiętajcie, że kto bierze z tego stołu niech uważa co przed nim postawiono. Biblia zawsze ostrzega: idąc do bogacza nie wyciągaj ręki, ponieważ będziesz musiał to samo postawić bogaczowi- może nie dasz rady. Chrystus mówi: bierzcie i jedzcie, ale z astawiajcie podobny stół w sercu dla twojego brata. A my bierzemy i nie chcemy mieć udziału z Chrystusem. Zobaczcie na Piotra, ile to ton słów padło nad pokorą Piotra. Że on, pokorny papież nie chciał, aby Chrystus umywał mu nogi - to było dawane jako przykład pokory. Tymczasem to nie jest wcale przykład pokory tylko niechęć uczestniczenia w dziele Jezusa Chrystusa - ofiary. Piotr doskonale zdawał sobie sprawę co to się dzieje na ostatniej wieczerzy, nie róbmy z niego ciemnego rybaka. To było tak, że „jak będziesz miał umyte nogi, jeśli Ja to czynię żebyś to naśladował, to znaczy, żebyś wszedł w przestrzeń ofiary; i ty doskonale sobie zdajesz, Piotrze, sprawę, że ze mną kariery nie zrobisz, że przewiążą cię i poprowadzą tam, gdzie ty nie chcesz". Dlatego Piotr mówi: „nie". Piotr się zawsze bał, Piotr robił pretensje Chrystusowi: „nie przyjdzie to na Ciebie Panie". I wtedy Piotr usłyszał: „idź precz szatanie, bo nie myślisz o tym co Boże". Tu jest scena powtórnie prezentowana: „nie myślisz o tym co Boże, nie będziesz miał udziału ze mną jeśli nie umyję ci nóg, bo udział ze mną to jest ofiara, umywanie nóg drugiemu człowiekowi". I kiedy za chwilę tutaj będzie Jezus Chrystus w swoim Ciele i Krwi, kiedy za chwilę przyjmiemy go do swoich serc to pamiętajcie, że Jezus Chrystus - według św. Augustyna: eucharystyczny, pożywany we wspólnocie uczty i ofiary, nie jest trawiony przez nasz organizm, ale to my jesteśmy trawieni przez Niego. To jest piękna metafora. To jest Chleb, który nas trawi. I do czego On nas doprowadza? Doprowadza nas do tego, że coraz bardziej upodabniamy się do Jezusa Chrystusa. I to naprawdę dosłownie się upodabniamy, to nie jest żadna metafora. Przebywanie z Panem, pożywanie Go upodabnia nas do Niego: w krokach, w sposobie mówienia, w sposobie zachowania... „Mowa twoja cię zdradza, byłeś z Nim." - do tego dochodzi. „Mowa twoja cię zdradza, byłeś z Galilejczykiem." I wiecie, żeby każdy o nas wydał takie świadectwo - tego wam życzę na koniec rekolekcji. Żebyście byli blisko ołtarza, pożywali, i żeby ludzie powiedzieli o was: „Mowa twoja cię zdradza, byłeś z Galilejczykiem".

 

Michał Zioło OCSO


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Homilia o męczeństwie

środa, 18 lutego 2009 23:10

„Szymonie, Szymonie, oto szatan domagał się, żeby was przesiać jak pszenicę; ale Ja prosiłem za Tobą, żeby nie ustała Twoja wiara. Ty ze swej strony utwierdzaj Twoich braci." On zaś rzekł: „Panie, z Tobą gotów jestem iść nawet do więzienia i na śmierć." Lecz Jezus odrzekł: „Powiadam ci, Piotrze, nie zapieje dziś kogut aż ty trzy razy wyprzesz się tego, że Mnie znasz."
Łk 22, 31-34

 

Opowiem wam dzisiaj o męczeństwie jako o geście chrześcijańskim, który przywraca łączność między człowiekiem, duszą, i Panem Bogiem. Kiedy mówimy o męczeństwie mamy najczęściej bardzo złe skojarzenia. Może najpierw oczyśćmy sobie teren tych złych skojarzeń aby ujrzeć pełną chwałę Pana w męczeństwie. Z czym nam się męczeństwo kojarzy? Najpierw kojarzy się nam z najzwyklejszym cierpiętnictwem. To jest męczennik - kiedy ma zmęczoną twarz, rozumiejące oczy, patrzy na ten świat z pobłażaniem: „Co wy wiecie, dzieci, o życiu?" Tak często bywa. „Ja przeszedłem trzy wojny. Co wy wiecie o życiu?" Jest pewna chwała w tym, że ktoś kiedyś cierpiał. Cierpiętnictwo często przeradza się w pozycję kombatanta - obnosimy to co kiedyś wywalczyliśmy i z tego tniemy kupony. Ktoś gonił bolszewika w dwudziestym roku i myśli, że to uprawnia go do pewnych gestów dzisiaj. Tymczasem etyczna świeżość musi być w każdym czasie; to że kiedyś byłem taki nie oznacza, że dzisiaj jestem taki. Cierpiętnictwo to jest - krótko mówiąc - takie poświęcenie się, które zawiera w sobie agresję do drugiego człowieka. Poświęcam się dla drugiego ale z agresją, cierpię i wytrzymuję wiele ale we mnie jest eksplozja agresji. Matki które się zaharowują dla dzieci, które nie śpią, piorą, ale przy najmniejszym uderzeniu w tą napiętą strunę one reagują agresją mówiąc: „To ja tutaj dla ciebie... Ja sobie żyły wypruwam, ojciec nie śpi po nocy, a ty co?" Jest to postawa cierpiętnicza. Męczeństwo to nie jest cierpiętnictwo. Męczeństwo, poświęcenie, poświęcenie własnej krwi i życia nie jest cierpiętnictwem. To jest coś całkiem odmiennego ponieważ w męczeństwie nie ma agresji w stosunku do drugiego człowieka. Poświęcenie, które kojarzy się z tą kobietą cierpiącą z „Listów starego diabła do młodego" Lewisa. Męczennica domu, męczennica rodziny... Gdzieś tam pod spodem jakaś taka pretensyjka malutka, że „no proszę, oni wyjeżdżają a ja zostaję z praniem i nikt mi nie pomaga..." Nie mylmy także męczeństwa z heroizmem ponieważ to nie jest to. „Heroizm, bohaterstwo, męczennicy - to nie dla mnie, muszę się od tego zdystansować. Ja jestem szary zwykły człowiek." My mówimy: „Ja jestem szary, razowy ksiądz. Nie Jerzy Popiełuszko, nie... Jestem zwyczajna księżyna, na pewno nie będzie mnie stać na taki gest." Ile razy się usprawiedliwiamy : „Kto z nas może ręczyć, czy na torturach nie zaprze się naszego Pana?" Heroizm, bohaterstwo... Nawet przecież tak patrząc na to logicznie: ponieważ męczeństwo jest śmiercią za wiarę, heroizm wcale nie dowodzi prawdziwości wiary Chrystusowej, przez pokazanie, że jest ona wystarczająco silną racją dla pobudzenia bohaterstwa, bo także względy czysto ludzkie są w stanie sprowokować nas do bohaterstwa. To nie jest tak. I popatrzcie jak bardzo mocno my utożsamiamy męczeństwo z heroizmem, jak bardzo chcemy od razu się zdystansować żeby ktoś nas nie pociągnął do męczeństwa. Wystarczy przeanalizować obrazy męczenników, i to nawet tych bardzo „naszych" męczenników. To nie jest tylko tak, że mamy słabych malarzy, że odwalamy kicz. To nie jest tak, bo to było by za prosto. To się dzieje w ten sposób, że my przez malowanie kogoś dystansujemy się już mówiąc: „To nie dla mnie". Papież przyjeżdża do nas i oferuje nam cały zestaw ludzi (przepraszam, że się tak wyrażam) na te czasy: Matkę Urszulę Ledóchowską, Rafała Kalinowskiego... To nie jest tak, że papież siedzi w kancelarii i głowi się kogo by tu zaserwować, bo kogoś trzeba. Więc mu przynoszą i mówią: „Tu podpiszcie" i Wasza Wielebność podpisuje, i będziemy kanonizować - to nie jest tak. To jest bardzo jasny wybór jako wzór dla nas. A my? Popatrzcie co się dzieje na kanonizacjach czy beatyfikacjach. Malujemy te okropieństwa, wieszamy to za papieżem, to wszystko jest w chmurach na tych obłokach... Ta biedna Kózkówna... Ja nie wiem czy się ktoś będzie do niej modlił... To odrażające dziewczę na tym obrazie w Tarnowie... Już zepsuli! Idzie sobie po takiej łące... No wspaniale, tylko, że jej ostatnie chwile wcale nie były takie na łące. To nie było tak wszystko sielsko i anielsko, to było męczeństwo. Ale my zaraz dystans, my zaraz kik, po to żeby uśpić sumienie, żeby ktoś nie pomyślał, że to ja mogę też być, że on był takim samym człowiekiem jak ty. Mówimy: „Nie! To był heros, to był bohater!" Nawet księdza Jerzego, bardzo przeciętnego księdza, który te kazania tak biedny męczył, pisał, przesyłał do tej kurii, żeby tak pieczątkę przybili, że dobrze: narodowo - dobrze, religijnie - dobrze, dogmatycznie - dobrze, zatwierdzone - możesz wygłaszać. Męczył te kazania i był takim przeciętnym księdzem. Mówią nawet, że jak prowadził te duszpasterstwo pielęgniarek to przyszła raz pielęgniarka, w liczbie raz. Nie wychodziło. To był jeden z wielu księży, no, nie oszukujmy się - bardzo przeciętny ksiądz. Ale mu już na ikonie te oczy tak mu podmalujemy mistycznie, tak gdzieś patrzy daleko - już widzi. Nie widzi! Nie widział!!! „Miał przeczucie" - mówimy, i tak wertujemy dzienniki czy miał przeczucie. Nie miał przeczucia. Uciekał z bagażnika i wołał: „Dlaczego pan mnie bije?", bardzo się bał. Ale my nie, my uważamy, że to musi być ktoś szczególny. I tutaj raz jedyny człowiek nie zazdrości sławy, raz jedyny. Tak to byśmy się pchali, tak to byśmy zasilali szeregi powstańców wielkopolskich. Wciąż są szeregi powstańców wielkopolskich. 1918 rok, policzmy. Bez okrucieństwa oczywiście liczmy. Tam są tacy świeży ci powstańcy, jak by ich tak skupić to można by jeszcze spokojnie powstanie wielkopolskie przeprowadzić i to było by całkiem sensowne. Młodzi powstańcy wielkopolscy... Czyli jak jest korzyść to człowiek się pcha! Natomiast do męczeństwa człowiek się nie pcha, mówi : „Nie, to nie dla mnie". Stąd te mistyczne oczy księdza Popiełuszki. Mówimy, że to był jakiś szczególny (to takie ulubione kościelne słowo) kapłan, szczególna łaska. Nie, przeciętność moi państwo! Zwykły człowiek. I zapamiętajmy to sobie, że nasz obowiązek męczeństwa wypływa z chrztu, a wszyscy tutaj jesteśmy ochrzczeni mam nadzieję. Nie dystansujmy się w ten sposób, że przyłożymy klajster heroizmu, że przyłożymy klajster bohaterstwa. Męczeństwo nie jest bohaterstwem. Wystarczy sobie sięgnąć do akt męczeńskich, kiedy oddają życie dwie dziewczyny: Perpetua i Felicyta (imiona takie, no... są dobre do zakonów żeńskich, ale nie załamujmy się - to były bardzo dobre dziewczyny). Jedna była w ciąży i bardzo się bała. Dlatego, że była w ciąży, to łaskawie wyrok rzymski czekał aż ona to dziecko urodzi, bo nie wolno było zabijać kobiet w ciąży. Co kobieta przeżywa we więzieniu kiedy ma maleństwo jeszcze pod sercem i czeka? To nie jest wcale takie wesołe. To nie można powiedzieć: „To dla Ciebie Panie". To jest trudna rzecz, tam jest lęk, ta kobieta jest bardzo słaba... To są chwile załamania, chwile zwątpienia, tam nie ma nic z heroizmu i bohaterstwa... Niektórzy spece mówią: „Masochiści". Pierwsi chrześcijanie, te całe tabuny, to tak było, że jak zabrali biskupa to się zgłaszali diakoni, kapłani, stawali i mówili: „Zabierzcie nas". W tej chwili to się tylko „Pomarańczowa Alternatywa" tak pozwala aresztować, że pomagają wsadzać jedni drugich. Ja nie wiem czy by się ktoś dzisiaj zgłosił: „Weźcie mnie", bo aresztowano biskupa, bo aresztowano duszpasterza... Czy nie ma między nami dużych przedziałów... Ale kiedyś ci ludzie się zgłaszali, bo uważali, że jak biorą pasterza to „my musimy być z nim". Więc można powiedzieć, że jakiś masochistyczny amok ogarniał tych ludzi, że oni się lubowali we krwi, w cierpieniu... No nie, tak nie wolno powiedzieć. Masochizm nie jest akurat udziałem pierwszych chrześcijan i pierwszych męczenników chrześcijańskich. To nie jest czerpanie radości z cierpienia, jakieś chorobliwe, broń Boże! W masochizmie człowiek wyrzeka się własnej integralności, własnej osobowości - można powiedzieć, chce być narzędziem drugiego. Cierpi na brak odpowiedzialności i wyolbrzymia tą siłę, która go niszczy! On miłuje tę siłę, dlatego, że ta siła zwalnia go z odpowiedzialności. Ale znowu sięgnijmy do akt męczeńskich. Tam nie ma nic takiego, tam jest bardzo duża świadomość „za co?". Krótko teraz zapytajmy dlaczego się tak dzieje; dlaczego uważamy męczeństwo za cierpiętnictwo, za heroizm, bohaterstwo i masochizm? Dlatego, że jesteśmy kulturą, która spycha - ja nie wiem, w który już pokład podświadomości, na jakie tereny to już spychamy - świadomość śmierci i cierpienia, świadomość - i to jest chyba najważniejsze - odpowiedzialności za śmierć i cierpienie drugiego człowieka. Lubimy mieć czyste ręce chociaż czystych rąk nie mamy. Zapominamy wciąż jako chrześcijanie, że Paschę spożywamy brudnymi rękoma. I przez te spychania, przez te kamuflaże - że w Stanach Zjednoczonych nieboszczyk wygląda lepiej niż u nas obywatel, który chodzi i stoi w kolejce - przez takie działania my dystansujemy się od śmierci, my nie chcemy śmierci. My uważamy, że jesteśmy czyści a śmierć wobec nas jest nietaktem. Stąd ludzie umierają w szpitalach, bo nietaktem jest umrzeć w domu. My działamy żeby zapobiec złu tylko dlatego żeby nas to nie dręczyło, ale nie dlatego żeby człowieka kochać, nie - to było dawniej. Teraz działamy po to, żeby nie mieć wyrzutów sumienia, „bo mi befsztyk nie smakuje kiedy ktoś pod oknem kołace". Wynosimy kość i jest spokój. Mamy gest miłosierdzia zabezpieczający nas przed niestrawnością podczas obiadu. Tak się zastanawiam czy my umiemy umierać za przyjaciół, to co Jezus Chrystus tak bardzo podkreśla. „Nie ma miłości większej niż życie oddać za przyjacioły swoje." Nie lubimy. Teraz dochodzimy do sedna dzisiejszego tematu. Męczeństwo jest sprzeciwem wobec takiego traktowania człowieka, Pana Boga, śmierci. My zrobiliśmy ze śmierci fakt. To jest fakt: ktoś jest - już go nie ma. Tymczasem śmierć jest stanem. To jest stan rozłączenia duszy, ciała, człowieka od człowieka i człowieka od Pana Boga. I to nie tylko śmierć biologiczna jest tutaj najważniejsza, ale myślę, że przede wszystkim śmierć duchowa! Kiedy dusza odłącza się od ciała, zaczynają grać te dwie siły jako autonomiczne siły - kiedy człowiek odrywa się od człowieka, kiedy człowiek odrywa się, w konsekwencji, od Pana Boga. Co mówi nam męczennik? Mówi właśnie, że śmierć jest zerwaniem komunikacji, komunikacji między tymi sferami boskimi, ludzkimi, psychicznymi w człowieku. I męczennik to jest ten człowiek, który próbuje integrować. Dzisiaj nie mam wcale ambicji opowiedzenia całego męczeństwa. Chciałbym tylko zwrócić uwagę na jeden jedyny fakcik: że męczeństwo to jest próba integracji świata, integracji miłości, integracji tego wszystkiego, co rozłączone, zablokowane, schowane w jakieś tam sfery podświadomości. Ja jestem tym który przez swoją postawę łączy to wszystko. Słuchajcie, dawniej purpura pontifexu, dostojników kościelnych (tych pierwszych), oznaczała nie pierwsze miejsca, nie że w koloratce można dostać wieprzowinę, że w habicie w aptece przepuszczą, „niech se ksiądz kupi". Purpura nie oznaczała wcale tego, ale oznaczała krew męczeńską. Jak ktoś nosił czerwone szaty to znaczy, że on wiedział w czym uczestniczy: w chrześcijaństwie, które jest bardzo dużą odpowiedzialnością. Jeśli ktoś zakładał czerwony ornat w święto męczenników, to on zdawał sobie sprawę, że to go może spotkać. Bo ornat to nie jest tylko po to, żeby - jak sama nazwa wskazuje - się przyozdobić, ale żeby zaświadczyć. Jeżeli w sercu nie ma tego co jest na zewnątrz w kolorze szaty... Od bardzo głębokiej zieleni do głębokiej tęsknoty fioletu (a wszystko właściwie obraca się wokół czerwieni ornatu, czerwieni, która symbolizuje męczeńską krew, która łączy). Dlatego kapłan się ubiera, bo kapłan ma za zadanie łączyć: przez swoje męczeństwo i przez swoją śmierć i przez swoje poświęcenie - to jest bardzo ważna sprawa: przywracanie tego co jest najpiękniejsze. Męczeństwo łączy, męczeństwo jest tym stanem kiedy człowiek zdaje sobie sprawę ze swojej miłości do Pana, że Pan wobec zła, które dzieje się na świecie jest najsłabszą istotą. Pan jest sprawiedliwy i niewinny! Stąd wszelkie zło, wszelka zniewaga dotyka go najbardziej. I nie zaakceptujemy takiej wizji męczeństwa, jako pewnej łączności między duszą i ciałem, człowiekiem i człowiekiem i Bogiem i człowiekiem jeśli nie zgodzimy się na takie warunki jak... Że wobec zła, które na świecie się dzieje ja nie jestem obserwatorem - to jest raz, nie jestem ofiarą - to jest dwa. Bo to są dwa stany które my preferujemy. „Obserwuję zło". W telewizji nam ciągle serwują, że... Np. w Stanach Zjednoczonych huragan Victoria spustoszył północne stany. Ten sam huragan, jak ktoś pięknie zauważył, w NRD nazywa się powiewem, który zerwał parę dachów. Serwują nam wiadomości przez ekran telewizyjny a my jesteśmy obserwatorami zła. Zabijają się - my obserwujemy. Wspaniała kultura obserwatorów. Albo, leżymy w szpitalu, bo ktoś nas przejechał samochodem - jesteśmy ofiarami, ktoś nas postrzelił - jesteśmy ofiarami. Rzadko kiedy, rzadko kiedy - i stąd też płynie niezrozumienie męczeństwa jako łączności - uważamy się za sprawców zła. Mówiłem już: Paschę spożywamy wciąż brudnymi rękoma. Ty jesteś sprawcą złą, więc nie mów, że nie masz się z czego spowiadać. Mam ciotkę, która pyta wciąż: „No dobrze, no siedzisz dziecko w klasztorze i co dwa tygodnie do spowiedzi? A z czego ty się spowiadasz?" To ja wymyślam jak najbardziej paskudne rzeczy, żeby ciotkę przekonać. Mówię, że człowiek kogoś pobije, to ona mówi: „No tak, faktycznie co dwa tygodnie trzeba". Ale to jest właśnie rozumienie, że „ja nie jestem sprawcą zła, bo ja jestem czysty - nikogo nie zabiłem, nie zgwałciłem, nie podpaliłem, więcej grzechów nie pamiętam. No, może teścia tam gdzieś pchnąłem... Ale był dzień kobiet i pchaliśmy się do teściowej." Czyli zło nie ma przyczyny zewnętrznej, zło nie jest na zewnątrz mnie. Nie jestem obserwatorem i ofiarą ale jestem sprawcą zła, i muszę to sobie zapamiętać! Ja uczestniczę w grzechu tego człowieka. To było tak, że męczennicy kiedy ich tracono modlili się za swoich prześladowców. To nie było tylko naśladowanie Jezusa Chrystusa na krzyżu, który modlił się za prześladowców. Ale była ta jasna świadomość, że ja jestem sprawcą tego grzechu, grzechu tego człowieka. To nie jest tak, że ja jestem ofiarą a on mnie niszczy, tylko ja przez swoje postępowanie dołożyłem do zła w którym ten biedny człowiek - nie wróg, nie kat ale biedny człowiek - uczestniczy. I to jest wizja chrześcijańska - to nie jest rywal, przeciwnik, to jest ktoś bardzo biedny i w imię miłości chrześcijańskiej ja muszę manifestować wobec niego solidarność. Bardzo to dziwne. Ja muszę - przez moje męczeństwo kiedy on mnie zabija - nawiązać z nim kontakt, połączyć - przez swoją śmierć - i jego, i mnie. Bardzo częste, że męczennik modli się za swoich prześladowców: „Nie wiedzą co czynią, Panie, przebacz im". Jestem odpowiedzialny za grzech drugiego człowieka, za zło, które dzieje się na świecie. I naprawdę nie traktujcie tego jako bajkę! No bo cóż może mój drobny grzech, w Nikaragui na przykład... To nie jest tak! Kościół tak nie patrzy! Jest taka scena z Kościoła Prawosławnego, kiedy jeden mnich sprawując eucharystię liczył te małe chlebki, które później staną się ciałem Pana (a miał je wyliczone) i zrobił taką dużą awanturę diakonowi: „Gdzie jest chleb ofiarowany za Amerykę? Co ty sobie wyobrażasz? - mówi - Dlaczego nie dałeś chleba, który ofiarujemy za Amerykę?" No kto z nas ma takie myślenie, że tutaj eucharystia jest tak bardzo globalna, tak wspaniała, tak uniwersalna, że odpowiadamy za drgnienia serca tego człowieka za oceanem? Nikt z nas tak nie myśli. A tak trzeba myśleć. Najdrobniejszy gest zła, najdrobniejsze złe słowo powiększa granicę między duszą i ciałem drugiego człowieka, między człowiekiem a człowiekiem, Bogiem a człowiekiem! Po prostu! I pamiętajcie: to co mówiliśmy o Chrystusie bliskim, o dochodzeniu do Jezusa Chrystusa, jest związane ze świadectwem przyjaźni. Ja muszę być gotowy umrzeć dla przyjaciela, którym jest Jezus Chrystus. Bo tak naprawdę Bóg jest bardzo samotny w kosmosie, Bóg jest bardzo samotny... I dlatego trzeba zginąć dla Niego. To co mówiliśmy: Boga trzeba przewieźć na drugi brzeg, Boga trzeba ochronić. Po to, żeby się Bóg ucieszył. Bo Sprawiedliwy grzechem uczynił Tego, który nie miał nic wspólnego z grzechem - mówi Paweł - Jezus Chrystus przyjął na siebie wszystkie grzechy. Pierwszy męczennik, który był niewinny - i to jest tragedia! Śmierć Jezusa Chrystusa - my jesteśmy winni. Stąd ta konferencja dzisiaj, przed sakramentem pojednania. Męczeństwo, które może nas czeka, na które musimy być przygotowani jest nie heroizmem, nie bohaterstwem, ale połączeniem i budowaniem mostu między mną a złym światem. Po to, żeby przejść po tym moście, nawiązać kontakt z grzesznikiem, z mordercą, żeby się z nim solidaryzować, modlić się za niego... I w ten sposób ten świat na nowo przywracać samotnemu Bogu.

 

Michał Zioło OCSO


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Kazanie na Noc Miłosierdzia

środa, 18 lutego 2009 23:09
Chciałem wam powiedzieć, że Chrystus mnie kocha. Właśnie, że Chrystus mnie kocha, to wam chciałem dzisiaj powiedzieć. Bardzo długo na Niego czekałem. Wiecie, największą męką księdza jest taka męka, że odprawia Mszę i tak do końca nie wie czy Chrystus go kocha. To, że jest powołany, że został wyświęcony to jeszcze jakby mało, bo człowiek chce być kochany. Człowiek tęskni do miłości, do wielkiej miłości. Do mnie Jezus Chrystus przyszedł po wielu latach, przyszedł w tamtym roku w Wielki Piątek. I to chciałbym wam też dzisiaj powiedzieć, że On przychodzi, i że jest, bo bardzo nas kocha. Ja dawniej takich słów nie mówiłem, i może już więcej nie powiem, ale wiem, że muszę wam to dzisiaj powiedzieć, kiedy wiele serc czeka, i może jest bardzo smutnych i bardzo zgnębionych. Może wśród nas są ludzie, którzy mają powołanie, a nie doświadczyli jeszcze Jezusa Chrystusa. Ten Jezus Chrystus, który przyszedł do mnie, to był Chrystus łagodny, cichy, bardzo delikatny i wrażliwy. Ja uważałem, że mówić o Miłości to jest nieprzyzwoicie, że mówić o tak bardzo intymnych sprawach jest jak gdyby obnażyć swoją duszę, ale wy nie jesteście mi obcy więc... Chociaż muszę powiedzieć, że człowiek odczuwa jakiś taki wstyd, jakby wyszarpywał siebie takie własne. Ale to nie jest moje, to jest Jezusa i to także wasza własność. Chrystus was bardzo kocha niezależnie od tego co sobie myślicie, co sobie uważacie, niezależnie od tego czy cenicie siebie, czy sobą pogardzacie. To naprawdę nie jest takie ważne dla Chrystusa. I to nie jest byle jaka miłość, i to nie jest sentymentalizm, to nie jest coś, co kiedyś tam minie. To już na całą wieczność jest. Jak Chrystus kogoś przygarnie, to na zawsze. Musicie w to uwierzyć. Ja was bardzo proszę, żebyście w to uwierzyli. To prawda, że trzeba na Niego czekać. I to długo trzeba na niego czekać, ale nie mówcie, że Pan się opóźnia, bo On czekał tyle tysięcy lat na nas. To jest przecież prawdą, że Jezus czekał na nas. Jakie to piękne, że Kościół zwrócił na to uwagę. Jak dzisiaj przeglądałem Leona Wielkiego, Wilhelma z Owerny, to tam aż się roi od takiego usprawiedliwiania Boga. Ci pisarze, ci ojcowie mówią, że Bóg czekał na ciebie, Bóg czekał, aż dojrzejesz, bo chce, abyś przyjął to wszystko, co ci chce ofiarować, jako ktoś dojrzały, jako ktoś piękny, kto to potrafi podjąć, nie z przymusu, ale z wolnej woli, z wolności! On tego bardzo pragnie. Wilhelm tak pisze:

Czy można wymagać czegoś od dziecka? Czy można wymagać czegoś od małej rośliny? Czy można wymagać czegoś od zwierzątka, które jeszcze nie osiągnęło wzrostu należnemu właśnie temu stworzeniu?

Mówi, że nie można. Trzeba poczekać. Bóg czeka. Czy myślicie, że Bóg nie tęsknił za wami? Czy myślicie, że Bóg był tak absolutnie wypełniony miłością, że już nie potrzebował niczego? Nie jest tak. Zobaczcie ile czekał Pan na was. To prawda, ale powiecie: „tysiąc lat w oczach Bożych jest jak wczorajszy dzień". Ale w miłości nie sprawdza się to wcale. Jak Bóg kocha, to dla niego tysiąc lat jest tysiącem lat, wiek jest wiekiem. Tak jest miłość przeżywana, tak jest przeżywane każde rozstanie. Bo gdyby tak Bóg nie przeżywał, to Jezus Chrystus nie wypowiadałby takich słów, że przyszedł rzucić ogień na ziemię, i że bardzo pragnie, aby ogień ten zapłonął. Skoro Bóg nie tęskni, to po co takie słowa, przez Ewangelistów określane, jako „jęk Jezusa"? Tak jest w oryginale. Rozumiecie co to znaczy. My jesteśmy zbyt wygładzeni. Ta nasza Biblia jest wygładzona, ona jest bardziej dynamiczna, bardziej w głąb, bardziej ludzka, bardziej... namiętna, nie taka zwykła osłuchana. Jezus woła: „Bardzo pragnę, aby zapłoną ogień, nawet nie wiecie jak pragnę". Dlaczego Chrystus tak się śpieszy do śmierci? Dlatego, że nas kocha, dlatego, że nas kocha... I zobaczcie, jakie to nasze mówienie o miłości jest słabe. Bo my mamy tylko dwa słowa: miłość i kochać. I nic więcej! I jak żeśmy się do tego przyzwyczaili, ale posługujmy się tymi słowami jak najczęściej. Powtarzajcie sobie: Bóg mnie Kocha! Bóg mnie Kocha! To jest nasze orędzie. To jest jedyne orędzie Kościoła. Nic więcej. Tutaj nie ma co filozofii uprawiać, to nie ma co się wymądrzać. To jest takie proste, takie zwykłe, ale żebyśmy tę miłość dochowali, żebyśmy jej nie zmarnowali, bo to jest coś strasznie kruchego. Miłości się nigdy nie ma. Na miłość się zawsze czeka, i trzeba ją chronić i nieść. I uważajcie na to, że jak do kogoś Jezus przyszedł, niech Go chroni, Go zachowuje. Żeby miłość się rozwinęła, to musimy najpierw przebaczyć Jezusowi Chrystusowi. Naprawdę. Czytałem wam dzisiaj tekst mojego przyjaciela, czytałem wam tekst Maćka, i ten człowiek napisał tam, że spodziewamy się Zwycięzcy, a znajdujemy dziecko, że spodziewamy się Mesjasza, a znajdujemy przegranego. Trzeba mu przebaczyć te Jego sposoby dochodzenia, objawiania się. Nie trzeba mieć do niego pretensji, że On właśnie w ten sposób się objawia. On się tak objawia, to jest Jego miłość. Uszanujmy to, naprawdę uszanujmy. On się dostatecznie długo na nas wyczekał. l teraz powierzmy się Mu. Nie spodziewajmy się, że wyzwoli Izraela. Nie spodziewajmy się, że zwycięży. On będzie z tobą przegrywał. Po prostu będzie z tobą przegrywał. Nie zrobisz z nim żadnej kariery. Naprawdę. Zapytaj tych, którzy Mu służą. Czy oni cokolwiek osiągnęli? Nic nie osiągnęli, ale to jest bardzo piękne, bo to z Nim nie osiągnęli. On też nie wygrał. Jego zabili. I tutaj pamiętajcie o Marii Magdalenie, to jest bardzo piękna kobieta. Kochała Pana, tak jak potrafi tylko kochać kobieta. Ona jak pies warowała, przy grobie Pana, i naprawdę kochała Go nadal, chociaż zginął. I wcale nie miała nadziei, że On kiedyś tam zmartwychwstanie. Ona kochała Go takim jakim jest, jakim był w danej chwili. A On był martwy. I nadal nazywała Go Panem. „Zabrali Pana" mówiła. Tak mówiła: „Zabrali Pana, nie wiesz gdzie Go położono? Zabrali Pana". Dla niej On był Panem, chociaż On był martwy. Uczniowie odeszli. Niektórzy byli zgorszeni Jego śmiercią. Niektórzy mówili: „a myśmy się spodziewali". A Maria mówiła: „Zabrali Pana. Zabrali mi Pana. Ja Go nadal kocham. Moja miłość jest tak wielka. Moja miłość jest tak piękna. To nic Panie, że zginąłeś. To nic Panie, że Cię zabito, i tak Cię kocham." I to jest wielkie przebaczenie Jezusowi Chrystusowi, i trzeba to zrobić, jeśli chce się kochać Pana, zachować miłość. Przebaczcie Mu, bo w was Jezus Chrystus to jest to, co w was złe. Jezus Chrystus to jest to czego się wstydzicie, czego się brzydzicie, czym pogardzacie. To jest Jezus Chrystus, bo On się z tym zjednoczył, i przyjmijcie siebie, przebaczcie Jezusowi Chrystusowi najpierw, a potem sobie. I od tego momentu zacznie się coś bardzo wielkiego. Pan wyłania się coraz bardziej z mroku. Bo jest bardzo stęskniony, bardzo kocha. Jak Mu przebaczysz, to On jeszcze bardziej wyjdzie, wyłoni się. Bóg ma także pewien atrybut, który jest przez teologów niedoceniany, bo wiedza nadyma. A wiedza teologiczna bardzo nadyma. Ludziom się wydaje, że już wszystko wiedzą, że jak ksiądz powie ten atrybut, to popełni herezję. Ja tę herezję popełnię: Bóg jest nieśmiały. Dlatego pozostaje w mroku. Bóg jest nieśmiały. Jak mu przebaczysz, to On wyjdzie. Jak Mu przebaczysz, to On się ukarze w pełni. To On będzie z Tobą. Jaki będzie? Otóż będzie taki, jakiego ty sobie nie wyobrażałeś. Po pierwsze nigdy ciebie już nie opuści, nigdy ciebie już nie opuści. Jezus Chrystus zmartwychwstały ukazując się uczniom mówi, że od tej pory będzie wszystko na stałe. Leon pisał, że przedziwnie skrócił czas pozostawania w grobie, żeby zaradzić tęsknocie uczniów. Leon - taki matematyk. Mówimy „trzy dni w grobie", a to nieprawda, bo nie ma trzech dni w grobie. Policzcie sobie. Jeden dzień tylko. Trochę piątku, sobota i trochę z niedzieli. I jakie to są trzy dni? Jak przedziwnie Bóg skrócił tę zwłokę, jak wspaniale wypełnił pisma, i jak wspaniale zaradził naszej tęsknocie. Leon matematyk. Może dlatego jest wielki, że to obliczył. Dla mnie dlatego jest wielki. I słuchajcie, coraz bardziej się Pan objawia, coraz bardziej wychodzi z mroku. Coraz bardziej, bo my Go zapraszamy. On już teraz wie, że nie zostanie zdradzony. Bo myśmy uwierzyli Jego miłości. Uwierzyliśmy Jemu. Jak się pokazuje zmartwychwstały, to mówi: „Odtąd nie będzie już rozstań. Nie będziemy musieli się już żegnać. Nie będzie żadnych podziałów między ludźmi, że będzie miłość, że będzie doświadczanie tej miłości. I że jest to możliwe, bo zmartwychwstałem, bo zwyciężyła miłość. I że będzie utrwalona, uwielbiona moja służba - wam." Wyobraźcie sobie, co to za religia, gdzie Bóg służy człowiekowi. To Bóg służy człowiekowi. To Bóg przygotowuje śniadania dla człowieka. To Bóg umywa nogi uczniom. To On zapowiedział, że tak samo będzie w niebie, w Królestwie Bożym. „Ja przepaszę się, i będę wam usługiwał" - to jest ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, jakie rzeczy przygotował Pan. Nie wiemy co przygotował. To On nam będzie usługiwał. Czyż to nie jest piękne? I zmartwychwstały, który ukazuje się uczniom prosi jeść. Chce się z nimi spotkać. Spotyka każdego po imieniu. To chce nam właśnie powiedzieć, że to już jest na stałe, to już jest do końca, że to jest rzeczywiste. Dlatego dotykamy już tak do końca, i to jest piękne. No bo my się nie będziemy musieli żegnać, my się nie będziemy musieli rozstawać. Nie będziemy na dwóch końcach kuli ziemskiej, tylko będziemy razem. Czy to nie jest piękne? Już na koniec wam powiem, że skoro taki Jezus Chrystus się ukazał, z mroku wyszedł, to Kościół, Kościół powinien odrzucić Pastorał, Kościół powinien odrzucić Mitrę, Kościół powinien odrzucić szaty, Kościół powinien oduczyć się kroczyć, Kościół powinien wysiąść z tego co jest wygodne i lśniące, Kościół powinien przestać zachowywać się teatralnie, Kościół powinien biec na spotkanie Pana. Ooo... my tego nie robimy. Bo my jesteśmy poważni, my jesteśmy strasznie poważni. Mamy wszystko opracowane, każdy krok jest opracowany, każdy gest jest opracowany. Zabito w nas spontaniczność, wstydzimy się spontaniczności. A pierwszy papież biegł do Pana, do grobu biegł. Biegł, a potem rzucił się w fale, nagi. Ludzie drodzy! Gdybyśmy się tak zachowywali, no to by nam uwierzyli, że my Go kochamy. To nie było by tylko takie, że nam nakazano, naprawdę by tak było! To musi być żywe, albo w ogóle niech nie będzie... Naprawdę. Z doświadczenia Pana musi być głoszenie. Z mroku wyszedł. Głoś Go takiego jakiego Go zobaczyłeś i biegnij na jego spotkanie, i wydaj się niepoważny. Bo Pan wcale nie jest poważny. Bo jak Dawid tańczył przed Panem, to córka Saula nim wzgardziła, bo nie tak się powinien zachować król. No... Jak się ma zachować król, który widzi Pana? Jak się ma zachować chrześcijanin, który widzi Pana? Tak najprościej - niech biegiem, niech się rzuci w fale. Im mniej jest wśród nas przyzwoitych, takich do końca. Jednego koloratka ściska, drugiego pas, drugi z samochodu nie może wyjść. I jak tu biec? Ale i tych weźmy. Niech biegną! Niech się wydadzą niepoważni. Niech spadnie z nas ten cały kokon. Trzeba się narodzić jeszcze raz! Ojca Tomasza w Szwecji posądzono, że zielonoświątkowiec, gdyby nie to, że dominikanin. Bo była radość. Ludzie drodzy. To znaczy, że katolik nie może się cieszyć? Nie może się cieszyć? Może się cieszyć. Czy Jezusa nie może głosić bliskiego? Może głosić bliskiego. Czy Jezus Chrystus do katolika nie przyjdzie? Przyjdzie, nie jesteśmy od macochy. A tu jest rzeczywiście i tu nas kocha bardzo. Trzeba nam trochę takiej duchowości małej Tereski. Oj... jak dominikanin mówi o małej Teresce, to nie dobrze. A trzeba o niej mówić. No... trzeba. To znaczy, ona mówiła tak: „nawet Panie Jezu jakby się okazało, że to co przygotowałeś to jest takie małe, i mniejsze niż ja się spodziewałam, to ja bym i tak udawała, że to wszystko było takie wspaniałe, i że to Ci się tak bardzo udało". No może w takiej duchowości wzrastajmy. Naprawdę pod spodem w każdym z nas jest wielka tęsknota miłości, jest wielka nadzieja, jest wielkie pragnienie. I po co te gorsety? Po co to wszystko? Głośmy Pana zmartwychwstałego. Alleluja!!!

 

Michał Zioło OCSO


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


poniedziałek, 20 listopada 2017

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O moim bloogu

blog powstał jako poboczny do moich notatek by umieszczać tu teksty których ja nie tworzyłem, a które są dla mnie ważne, moje tropy...

kim jestem?