Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 272 297 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Wyznać miłość po wyjściu z szamba

piątek, 29 czerwca 2012 9:29

Wyznać miłość po wyjściu z szamba

 

Spowiedź to pokazywanie Panu Jezusowi, że w tym miejscu mnie boli, i jeszcze troszkę w tamtym, po to żeby On te bolesne miejsca ucałował i żeby przestało boleć.

 

ROMAN BIELECKI OP: Dlaczego tak często rozmawiamy o spowiedzi? To dowód żywotności tego sakramentu czy raczej naszej bezradności w jego przeżywaniu?

 

WOJCIECH ZIÓŁEK SJ: Chyba jedno i drugie. Większość z nas czuje, że przez ten sakrament można zrobić wiele dobrego, a jednocześnie bardzo wiele złego. Każdy ma w tym zakresie sporo doświadczeń, od takich, kiedy wydawało nam się, że złapaliśmy Pana Boga za nogi, po takie, w których nie wiedzieliśmy, jak się zachować – krzyczeć czy płakać.

 

Sam pamiętam, jak w drugiej klasie liceum poszedłem do spowiedzi do jednego z kościołów w moim rodzinnym Radomiu. Powiedzieli mi na oazie, że dobrze mieć w życiu stałego spowiednika, i to najlepiej zakonnika. No to poszedłem. To była taka spowiedź na dzwonek. Zadzwoniłem po księdza i czekałem. I do dziś nie wiem, czy temu księdzu w obiedzie przeszkodziłem, czy w czytaniu gazety, czy w poobiedniej drzemce, bo kiedy przyszedł, to był bardzo wkurzony i strasznie na mnie krzyczał. Strasznie i długo. Przez następne dwadzieścia dwa lata nawet nie wszedłem do tego kościoła. A kiedy sam chciałem wstąpić do zakonu, to nie wiedziałem konkretnie, do którego, ale wiedziałem, że na pewno nie do tego, w którym był tamten zakonnik.

 

Udało się ojcu przełamać tamtą zadrę?

 

Tak. W dwudziestą rocznicę mojego życia zakonnego. Pomyślałem sobie: Ziółek, ty już jesteś dorosły facet i czas najwyższy zmierzyć się z demonami przeszłości. I poszedłem się wyspowiadać do tamtego kościoła. Trafiłem do młodego księdza, który mnie bardzo dobrze potraktował i powiedział parę dobrych rzeczy. Tak to się zakończyło.

Nie wszyscy jednak zostają zakonnikami, nie wszyscy mają tyle odwagi, żeby się ponownie zmierzyć z konfesjonałem, i już więcej do spowiedzi nie przychodzą. I to jest rzeczywiście bezradność.

 

Kiedyś jeden z moich współbraci nazwał spowiedzi przedświąteczne „masówką pokutną”. Spotkało się to z ostrą reakcją jednego z biskupów, który zwrócił uwagę, że nie można tak mówić. Jak ojciec postrzega takie okazyjne spowiedzi? Należy to zjawisko zwalczać czy reformować?

 

Jezuicka pokora nie pozwala mi pouczać dominikanów, ale gdyby tak powiedział któryś z moich współbraci, to bym go zapytał: A kim ty, chłopie, jesteś, że tak z góry ludzi osądzasz? Skąd wiesz, co się w nich dzieje?

 

Lubię przedświąteczne spowiedzi. A byłem i proboszczem, i duszpasterzem akademickim, więc wiem, co mówię. Spowiadam wtedy, ile mogę, i czuję się jak w świątyni jerozolimskiej w święto Paschy. Tu przynoszą baranki na ofiarę, tam tłum ludzi napiera, a tu jakieś gołąbki sprzedają, cyrk, gwar i ścisk. Bardzo lubię spowiedzi w Wielką Sobotę, gdy z jednej strony ludzie przychodzą z koszyczkami do święcenia, a z drugiej stoją w gigantycznych kolejkach do konfesjonału. Spowiedź to jest rzeczywistość bosko-ludzka. Człowiek przynosi całą swoją biedę razem z tą kiełbasą do poświęcenia. Przychodzi, staje w kolejce, czeka, kruszeje albo i nie, różnie bywa, ale tylko Pan Bóg ma wgląd w jego serce. Coś mu jednak każe w tej kolejce stanąć i grzechy wyznać. A poza tym, nie bądźmy hipokrytami. Czy jako zakonnicy, jako księża zawsze wyznajemy swoje grzechy bez pośpiechu, elegancko i wzorcowo?

 

W sąsiedztwie jednego z naszych klasztorów znajduje się galeria handlowa. Najpierw jest Empik, Carrefour, zakupy na całego, a potem kolejny punkt na liście: konfesjonał. I jeszcze basen. Gdzie tu powaga sakramentu?

 

Właśnie w samym środku. Dzięki temu objawia się Bóg żywy. Przez niedoskonałych ludzi i niedoskonałe obrzędy. A jak to wygląda w Środę Popielcową, przy posypaniu głów popiołem? Wtedy wszyscy jesteśmy równi. I panie w koafiurach, co jedynie lekko uchylają berecik lub kapelusik, i łysiejący panowie, i chłopaki z dredami, i dziewczyny całe w żelach i lakierach, i przemęczeni ludzie w średnim wieku z coraz głębszymi zmarszczkami na czole, i małe dzieci z ciekawością przyglądające się temu, co robią starsi. Wszyscy pochylają głowę, bo taką mają potrzebę. Nieważne czy duchową, czy psychologiczną, nie analizujmy tego drobiazgowo. Jakaś jest. Wszyscy przychodzą do Pana Boga.

 

Długa kolejka do spowiedzi ma to do siebie, że najczęściej nie ma czasu, żeby z kimś dłużej porozmawiać. Co wtedy

 

I jest, i nie ma. Zawsze staram się pytać: A tak ogólnie, to co u pana słychać? Albo: Jak się pani żyje? Jeśli komuś coś leży na wątrobie, to powie, jeśli nie chce, to nie. Doświadczenie podpowiada, że jeśli w kimś jest jakiś ból, to go wypowie. A bywa też, że nie jest jeszcze na to gotowy.

 

Pamiętam jedną ze swoich spowiedzi, kiedy wylałem wszystkie swoje brudy, co nie było takie łatwe, i usłyszałem od księdza: Dobrze. I tyle. Po czym mnie rozgrzeszył.

 

No i co, była to spowiedź ważna dla ojca?

 

Była. Tyle, że gdy odchodziłem od konfesjonału, czułem się zlekceważony, bo przyszedłem z nastawieniem wypowiedzenia czegoś ważnego, a ksiądz nic. Jak to jest z tym pouczeniem?

 

Nie wiem, czy zawsze powinniśmy dawać naukę. Popatrzmy na Pana Jezusa. Co mówi Ewangelia: Zostali tylko Jezus i niewiasta. „Nikt cię nie potępił?” – zapytał Pan Jezus. „Nikt, Panie” – odpowiedziała kobieta przyłapana na cudzołóstwie. „No to teraz posłuchaj, moja droga, bo chciałem ci powiedzieć kilka rzeczy. Po pierwsze, staraj się zawsze zachowywać przyzwoicie, pod drugie, unikaj okazji do zła, po trzecie, zachowuj posty…”. Proszę Ojca, nic takiego nie było! Jezus nie powiedział tej kobiecie żadnej nauki.

 

Raz mówił, a raz nie mówił, bo pouczenia to nie są gotowe schematy. Nieraz potrzeba parę słów, a nieraz tylko rozgrzeszenia. Ważne, żebyśmy się zachowywali w konfesjonale jak ludzie. W taki sposób najlepiej naśladujemy Pana Jezusa.

 

A po co nam w ogóle ta spowiedź? Po co iść do jakiegoś faceta i jeszcze mu wyznawać grzechy?

 

To jest w gruncie rzeczy pytanie o to, dlaczego sam sobie nie powiem, że jestem fajny albo że bardzo się kocham. Każdy przecież potrzebuje takiego wyznania, a jednak nijak nie jesteśmy w tym względzie samowystarczalni. Żeby zadziałało, musimy usłyszeć je od kogoś innego, bo życie to relacja. W spowiedzi chodzi o to samo. Wyznać komuś swoją podłość i głupotę i usłyszeć od niego, że jest mi przebaczona.

 

Ktoś może powiedzieć, że jemu wystarcza takie wyznanie na początku mszy świętej. Przecież tam też jest spowiedź.

 

W ostatecznym rozrachunku tylko Pan Bóg wie, czy ten, kto nie chodzi do spowiedzi, wyznał swoje grzechy, czy nie wyznał. Myślę jednak, że spowiedź po cichu, na ucho, to jest wielka mądrość Kościoła. Bo to jest dowód na to, że Kościół bierze serio Wcielenie. Jesteśmy ludźmi, to znaczy nie tylko ulotnym duchem, ale także ciałem. Potrzebujemy kogoś drugiego, kto nam powie – masz przebaczone. Słyszysz? Naprawdę.

 

Mówimy, że w spowiedzi chodzi o grzech

 

Nie zgadzam się z tym. W spowiedzi nie chodzi o grzech, tylko o wyznanie. I to podwójne – wyznanie grzechów i wyznanie miłości. I to wyznanie jest przedmiotem spowiedzi. Ja wyznaję Panu Jezusowi miłość, a On wyznaje ją mnie

To po co to wymienianie grzechów?

 

Po to, żeby to obustronne wyznanie miłości nie było tylko górnolotnym ćwierkaniem bez odniesienia do życia, żeby było oparte na twardych życiowych realiach. I żebym tu nie został oskarżony o szerzenie rewolucyjnych haseł, to sięgnijmy do Pisma Świętego, gdzie mamy opisaną spowiedź Piotra, którego Pan Jezus, po zmartwychwstaniu, ale też po wydarzeniach Wielkiego Piątku, pyta: „Czy Mnie kochasz? Czy nadal? Czy wciąż?”. Nie pyta o żal, nie pyta, „czy już nigdy nie będziesz Mnie zdradzał” itd. Jezus nie zamazuje tego, co złe, nie udaje, że się nic nie stało, ale pyta tylko o miłość: Jesteś gotowy wyznać Mi miłość po tym wszystkim?

 

To w takim razie mamy nie wypowiadać grzechów, skoro Pan Jezus i tak o nich wie

 

Nie. Właśnie dlatego mamy to robić. Wypowiadać jeden po drugim. Ważne, żeby nie zapominać, po co to robimy.

 

Jaki był koniec rozmowy Piotra z Jezusem? Piotr powiedział: „Panie, Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham”. Czyli, Ty wiesz o tym, ile złych i głupich rzeczy zrobiłem, wiesz, że ja zdaję sobie z tego sprawę. Ale Cię kocham. I to jest spowiedź – wyznanie miłości. Ale i w drugą stronę: Pan Bóg mówi mi, że pomimo mojego upaprania w szambie, wciąż mnie kocha tak samo.

 

Tyle, że podczas spowiedzi zazwyczaj nie potrafimy przejść do tego drugiego członu zdania. Raczej zamartwiamy się, czy na pewno wszystko wyznaliśmy

 

Porównam spowiedź i wyznanie grzechów do obrazu z dzieciństwa. Kiedy byliśmy mali, chodziliśmy z kolegami z podwórka w jakieś dziwne miejsca, krzaki nad rzeką czy na place budowy. Wracaliśmy do domu zasmarkani, zapłakani, niosąc na ciele rany cięte, kłute i szarpane. Mama wtedy pytała: „Co się stało?”. Coś tam opowiadaliśmy i mówiliśmy, że boli. Ona się pochylała i pytała, gdzie boli. Wskazywaliśmy te miejsca i wtedy mama mówiła: „To daj, pocałuję i przestanie”. I co? Całowała i przestawało. I nie tylko przestawało, ale było tak fajnie, że pokazywaliśmy inne miejsca i dodawaliśmy, że jeszcze tu mnie trochę boli i jeszcze tam.

 

Spowiedź to takie zasmarkane mówienie i pokazywanie Panu Jezusowi, że w tym miejscu mnie boli, i jeszcze troszkę w tamtym, po to, żeby On te bolesne miejsca ucałował i żeby przestało boleć.

 

Czy grzechy trzeba bardziej rozumieć, czy czuć? Nie zawsze przecież mamy poczucie, że postąpiliśmy źle, tymczasem Kościół naucza, że to grzech. Co wtedy? Nie spowiadać się z tego, czy dla świętego spokoju wyznać to w konfesjonale?

 

Jeśli ktoś mówi, że nie rozumie, to może rzeczywiście nie rozumie, ale przecież czuje i to wyczucie podpowiada mu, że coś jest nie tak. I w gruncie rzeczy dla kogoś takiego nauczanie Kościoła jest naprawdę ważne.

 

Takim penitentom trzeba podziękować za szlachetność i uczciwość w konfesjonale. Za to, że potrafią wyrazić swoje wątpliwości, że są szczerzy i przyznają, że na jakiś krok w życiu ich na razie nie stać. To pokazuje, że nie przyszli po to, by zmylić czujność księdza i prześlizgnąć się przez kratki konfesjonału, ale że traktują siebie i sakrament bardzo poważnie. Myślę, że w takich sytuacjach ksiądz nie powinien okazywać swojej wydumanej moralnej wyższości, tylko stanąć po stronie penitenta i próbować go zrozumieć.

 

Ważne, żeby się strzec fikcji. Można tak wyznać grzechy, jakby nie były grzechami. Tylko jeśli w naszym sercu nie ma pragnienia zmiany, to daremna była spowiedź. Oszukujemy samych siebie. Sądzę, że zadaniem spowiednika jest uświadomienie tego penitentowi. Oczywiście z wielką delikatnością, ale wprost. Nikt nie lubi fikcji, a w ludziach – zwłaszcza młodych – jest wielkie pragnienie życia autentycznego i szczerego, jest wiele szlachetności.

 

Jak w takim razie kształtować sumienie

 

Spójrzmy na to z perspektywy definicji grzechu. I nie chodzi o niuanse biblijne. Grzech to jest rozminięcie się człowieka z celem życia. Takie rozminięcie boli. To trochę tak, jak nie trafić karnego w finale mistrzostw świata. Ale żeby do mnie dotarło, że minąłem się z celem, to muszę ten cel mieć i musi mi na nim zależeć.

 

Święty Ignacy Loyola swoich Ćwiczeń duchownych nie zaczyna od definicji grzechu, tylko od Fundamentu, który brzmi: „Człowiek po to jest stworzony, aby Boga, Pana naszego, chwalił, czcił i Jemu służył, a przez to zbawił duszę swoją”. Kiedy znajdziemy cel, a potem zobaczymy, jak bardzo się z nim rozmijamy, to zaczynamy walić łbem w ścianę. I to jest dobry żal za grzechy i prawdziwy ból z powodu popełniania grzechów.

 

Obawiam się, że ze szkolnej katechezy nie wynosimy doświadczenia celu, ale urzędowy obraz Pana Boga. Dlatego potem ksiądz jest urzędnikiem, a konfesjonał okienkiem w urzędzie, do którego przychodzę załatwić sprawę.

 

Urzędnicze podejście do Boga opiera się na zasadzie uregulowania długów, które nam rosną. I z jednej strony rzeczywiście chodzi o dług, którym jest grzech, i bez tego doświadczenia wobec Boga nie ma chrześcijaństwa. Tyle, że tego długu nie da się ot tak, spłacić. Dlatego chrześcijaństwo jest trudne. Łatwiej bowiem jest żyć bez długu, niż wiedzieć, że wszystko zawdzięczam Komuś, że żyję, bo bez żadnych moich zasług zostałem uratowany od śmierci. Chrześcijaństwo to radość z bycia odnalezionym. Beczałem w kącie, jak jakaś owca, która się zgubiła, i nikt nie mógł mnie znaleźć, tylko On, mój Bóg, mnie znalazł i przytulił.

 

A co z mechaniczną spowiedzią w pierwsze piątki miesiąca? Co powiedzieć rodzicom, którzy wysyłają dzieci do spowiedzi? Dzieci początkowo chodzą, ale potem zaczynają mówić: „To nie ma sensu chodzić w każdy pierwszy piątek, przecież nie mam grzechu”. Ale instynkt mamy i taty mówi: „Jeśli ich nie przyzwyczaimy, to za chwilę w ogóle nie pójdą”.

 

Po pierwsze, nie nazywajmy spowiedzi pierwszopiątkowej mechaniczną, a po drugie, nie mieszajmy się rodzicom do wychowywania dzieci. Nie mówmy im, co i jak mają robić, bo oni są z dziećmi na co dzień i tak, jak je uczą jeść i mówić, tak też wiedzą, jak nauczyć je spowiedzi.

 

Comiesięczna spowiedź to nie tyle mechanizm, ile rytuał, a rytuały w relacji są bardzo ważne. Z dzieciństwa pamiętam, jak w soboty mój tato pastował nam wszystkim buty. To był bardzo ważny rytuał. Mieliśmy małe mieszkanie, więc czyścił te buty w łazience. A dlaczego? Bo następnego dnia była niedziela. A niedziela to jest dzień inny niż wszystkie. Tylko człowiek potrafi tak rozróżniać dni, bo krowy mojego dziadka zachowywały się tak samo w niedzielę i w piątek, taką miały formację (śmiech). Natomiast my potrafimy rozróżniać, potrafimy świętować, potrafimy pościć.

 

Wszystko zależy od tego, jaką rangę nada się pierwszemu piątkowi. Jeżeli mamusia mówi zblazowanym głosem, leżąc na kanapie: „Synu, idź do kościółka, wyspowiadaj się, a mamusia obejrzy sobie Kiepskich”, to jest dramat. Ale jeżeli mówi: „Idziemy razem do spowiedzi, żeby się powierzyć Sercu Pana Jezusa, bo chociaż każdy z nas jest słaby, to Pan Jezus wciąż bardzo nas kocha, i mamusię, i ciebie, Koteczku, też”, to od razu widać, że to jest inna argumentacja, że to jest inny pierwszy piątek…

 

Za tym rodzicielskim podejściem kryje się obawa, że w którymś momencie dziecko będzie musiało przejść kryzys wiary. I rodzice próbują jak najdalej przesunąć ten moment w czasie.

 

I słusznie. Bo trzeba dać dzieciom pewne podwaliny. Mój dziadek w niedzielę nigdy nie pracował, nawet kiedy ksiądz dawał dyspensę na żniwa, bo wreszcie przestało padać. Babcia mówiła do niego: „Franek, może byśmy poszli”? A on mówił: „Matka, jak chcesz, to idź. Ja nie idę, bo niedzielna praca w gówno się obraca”. Wkładał białą koszulę, zapinał pod samą szyję, tak, że mało się nie udusił. Szedł na ławkę koło drogi i tam rozmawiał z ludźmi przez cały dzień albo z nami, swoimi wnuczkami, grał w tysiąca, bo to była niedziela, Dzień Pański, w którym chwali się Pana Boga odpoczynkiem, a nie pracą. Dziadek już od wielu lat nie żyje, ale co mi z tego zostało? Że ja w niedzielę też nie pracuję, bo niedzielna praca...

 

Co dzieciom zostanie z takiego chodzenia w pierwszy piątek do kościoła? Może niewiele, i prędzej czy później przeżyją jakiś kryzys wiary, bo przestanie im wystarczać mamine tłumaczenie. Ale nawet jeśli kiedyś zakwestionują te praktyki z dzieciństwa (takie kwestionowanie to przecież etap dojrzewania wiary), to gdzieś pod spodem zdanie rodziców będzie się liczyło do końca życia.

 

Zostańmy przy dzieciach. Szkolny styl przeżywania spowiedzi na długie lata potrafi obciążyć nasz rachunek sumienia. Jak to zmienić?

 

To prawda, że często zostajemy na poziomie rachunku sumienia z książeczki od Pierwszej Komunii. Lata mijają, ubranko komunijne już przyciasne, a my dalej próbujemy się w nie wcisnąć. Mamy czterdzieści lat i mówimy, że nie słuchamy rodziców, modlimy się do Bozi etc. Już nie wspomnę o zachowaniu piątkowego postu, który w polskich realiach ma wymiar kosmiczny i traktowany jest na równi z przykazaniami. A nawet więcej. To jest przykazanie zerowe. Najpierw jest: słuchaj, Izraelu: „Będziesz pościł w piątek”, potem długo, długo nic i dopiero: „Będziesz miłował Pana Boga swego...”. Post to podstawa. I to post także w piątek w oktawie Bożego Narodzenia i Wielkanocy, chyba że jakiś biskup łaskawie się zgodzi, żeby tego dnia nie pościć. Ale gdy zapomni wydać dekretu, to skucha, grzech i trzeba się spowiadać. A nawet jeśli wyda, to i tak co wrażliwsi, nauczeni doświadczeniem, będą pościć tak na wszelki wypadek.

 

Wróćmy do rachunku sumienia. Jak ma go realizować człowiek dorosły? Często przychodzi z drobiazgowo spisanymi grzechami.

 

Ojcze drogi, nie oceniajmy surowo ludzi, którzy przychodzą do spowiedzi z kartkami. A może ktoś ma w sobie lęk albo jego obecna sytuacja duchowo-psychiczna jest taka, że gdyby nie ta kartka, to by się rozsypał? A może ta kartka to dla niego takie „minimum socjalne”, bo dzięki niej ma wgląd w swoje sumienie, choćby na zasadzie wyliczanki? Może to i niedoskonałe, ale przecież zawsze trzeba mieć na uwadze ludzką słabość i to, co mówił Pan Jezus, że teraz jeszcze nie rozumiesz, ale potem będziesz wiedział…

 

Tyle o minimum, natomiast wersją maksimum nazwałbym to, co mówi święty Ignacy, że rachunkiem sumienia jest umiejętność zauważenia, jak Pan Bóg jest we mnie i jak we mnie pracuje. Czyli patrzę w moje sumienie, na wszystko, co się wydarzyło w ciągu dnia czy tygodnia, i analizuję poruszenia serca. Nie oceniam ich na zasadzie tu źle, tam dobrze, tylko patrzę, tu upadłem, tam nie. Co mnie do tego doprowadziło? Dlaczego choć Pan Bóg do mnie mówił, ja, powodowany tym czy tamtym, popełniłem jakiś grzech albo potrafiłem się powstrzymać? Co takiego się wydarzyło? I to jest rachunek sumienia – nie na zasadzie testu jednokrotnego wyboru, tylko uświadomienia sobie, że w tym wszystkim, co się stało, był obecny Pan Bóg. Również w moich grzechach. Był cały czas blisko, mówił, pokazywał, nie odszedł ode mnie.

 

W tym, co ojciec mówi, słyszę echo słów świętego Pawła o mocy, która doskonali się w słabości.

 

Moje niemal pięćdziesięcioletnie doświadczanie słabości powoduje, że to Pawłowe zdanie jest mi bardzo bliskie. Dlatego pewnie tak dużo rozmawiamy o spowiedzi, bo to jest rzeczywistość, w której z jednej strony bardzo doświadczamy słabości, zarówno naszej, jak i penitenta, i jesteśmy wystawieni na działanie emocji, nerwów, złości, lęku, a z drugiej strony w tym samym momencie niemal namacal nie doświadczamy łaski Bożej.

 

Nie miejmy do ludzi pretensji, że spowiadają się, a to za krótko, a to za długo, a to za szczegółowo, a to za ogólnie, a to za płytko, a to zbyt skrupulatnie. Spowiadają się, jak umieją, jak im na to pozwala ich słabość. My spowiadamy ich, jak potrafimy, jak nam pozwala na to nasza słabość. Każdy orze, jak może, a moc w słabości się doskonali…

 

Nie wiem, jak powinna wyglądać dobra spowiedź i kim ja jestem, bym miał kogokolwiek w tym względzie pouczać. Powiem tylko, że zawsze jestem bardzo szczęśliwy, gdy w czasie spowiedzi ktoś zaczyna rozumieć, doświadczać i czuć, że Pan Jezus kocha go takiego zasmarkanego, takiego zalatującego szambem, takiego poranionego i brzydkiego. I że nie wysyła go najpierw pod prysznic, a potem do higienistki i kosmetyczki, tylko przytula go już teraz i patrząc mu w oczy, pyta: „Kochasz Mnie? Masz odwagę to powiedzieć? Masz odwagę Mi to wyznać już teraz? Naprawdę mnie kochasz? Bo tak się składa, że ja ciebie kocham bardzo!”.

 

Tak sobie myślę, że chyba to jest dobra spowiedź.

 

stad zabrane: http://miesiecznik.wdrodze.pl/archiwalne/2012/numer-34632012/wyznac-milosc-po-wyjsciu-z-szamba/


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Powołani do relacji

czwartek, 14 czerwca 2012 11:12

„Zdarzyło się to w kilka lat po ukończeniu seminarium. Przeżywałem wtedy poważny kryzys kapłaństwa. Jeden z moich przyjaciół księży, widząc, co się ze mną dzieje, zaproponował mi uczestnictwo w katechezach w innej parafii. Dałem się namówić. W trakcie tych katechez poczułem, że stanowią one odpowiedź na moje trudności i cierpienie” – opowiada ks. Jan Zieliński, obecnie proboszcz warszawskiej parafii Najświętszej Marii Panny Matki Kościoła przy ul. Domaniewskiej. Dla niego ta nowa przygoda z Chrystusem rozpoczęła się w 1979 roku, kiedy poznał charyzmat Drogi Neokatechumenalnej.

 

Powołani do relacji

 

„W chrześcijaństwie nie występuje duchowość indywidualna. Nawet pustelnicy zawsze mieli i mają jakąś formę życia wspólnotowego” – mówi wędrowny katechista, ks. Jarosław Ambroży. „Każdy z nas potrzebuje wspólnoty – wtóruje mu ks. Michał Muszyński z kościoła św. Anny w Warszawie. – Człowiek jest tak stworzony, że realizuje się w relacjach. Tu szczególność sytuacji polega na tym, że osoba chcąca wstąpić na Drogę nie trafia do jakiegoś abstrakcyjnego ruchu, tylko do konkretnej wspólnoty”.

 

Wspólnota neokatechumenalna składa się z 30-40 osób, odbywających razem formację wiary. „Wiara jest drogą. Dziecko zapisane dopiero co do szkoły nie może następnego dnia zdać matury. W Kościele pierwotnym chrzest był swojego rodzaju dyplomem, potwierdzeniem wiedzy i uznaniem, że osoba, która chce zostać chrześcijaninem, dokonała już uczynków życia wiecznego. Dziś dajemy tę maturę w nadziei, że wiedza i uczynki przyjdą później” – wyjaśnia ks. Artur Awdaljan z warszawskiej parafii św. Augustyna. Dlatego wspólnota neokatechumenalna ma za zadanie ponowne odkrycie istoty chrztu. To, co wcześniej było przygotowaniem do przyjęcia sakramentu, staje się w obecnych realiach formacją pochrzcielną, nowym katechumenatem.

 

Droga Neokatechumenalna nie jest żadną organizacją, stowarzyszeniem czy ruchem, lecz – jak głosi jej Statut – jednym „ze sposobów diecezjalnej realizacji wtajemniczenia chrześcijańskiego i stałego wychowania wiary”. Metoda tego wtajemniczenia jest jedną z form realizacji zaproponowanego przez Jana Pawła II „najbardziej pierwotnego modelu apostolskiego”. Chodzi o inicjację chrześcijańską odbywającą się w żywej wspólnocie, która daje światu znaki miłości i jedności.

 

Prezbiter we wspólnocie

 

Wspólnotę neokatechumenalną tworzą osoby w różnym wieku i różnych powołań w Kościele – młodzież, małżeństwa, siostry zakonne, wdowy, klerycy i prezbiterzy... Pojedyncza wspólnota spotyka się dwa razy w tygodniu – raz w dzień powszedni, a drugi na niedzielnej Eucharystii, odprawianej w sobotni wieczór. „Na szczęście istnieje taka grupa ludzi, dla których nie jestem przede wszystkim księdzem, ale chrześcijaninem. Znam tych braci od 23 lat, tak samo oni mnie. Pamiętają mnie z różnych momentów – łatwiejszych i trudniejszych. To daje człowiekowi bardzo silne oparcie. Wiadomo, kim się jest” – stwierdza ks. Muszyński. Żeby być dobrym księdzem, bratem, ojcem czy matką, najpierw trzeba być dobrym chrześcijaninem. Każdy ma swoje miejsce w Kościele i każdy potrzebuje wzrastać w wierze, a najbardziej chyba ksiądz, który ma być przecież specjalistą od życia duchowego.

 

Jak mówią prezbiterzy, Kościół w tym wymiarze nabiera realnych kształtów. „Wiem, że moje kapłaństwo wyrasta z bardzo konkretnej wspólnoty i służy bardzo konkretnym ludziom” – zaznacza ks. Muszyński. Różnorodność wspólnoty jest też jej siłą. Poszczególne powołania członków współgrają i wzmacniają się wzajemnie. „Przeżywanie celibatu jest o wiele lżejsze, kiedy razem toczymy walkę o wierność: bracia o wierność małżeńską, ja o wierność Kościołowi” – wyznaje ks. Ambroży.

 

Wspólnota wspiera. „Czy ksiądz jest człowiekiem? Czy może mieć kryzys? Czy grzeszy?” – pyta retorycznie ks. Piotr Odziemczyk, prezbiter wywodzący się z parafii św. Augustyna i studiujący obecnie prawo kanoniczne w Wenecji. Wspólnota może pomóc duszpasterzowi w najtrudniejszych okresach – w kryzysach, próbach wiary, doświadczeniach samotności. „Kiedyś zakochałem się. Pewna rodzina z mojej wspólnoty pomogła mi po pierwsze to sobie uświadomić, a po drugie pozostać wiernym Kościołowi. Widząc moc Boga w ich wierności małżeńskiej, mogłem przetrwać ten czas próby” – wyjawia ks. Ambroży. „Pamiętam też czas, gdy odchodzili do domu Ojca moi rodzice. Obecność i pomoc moich braci ze wspólnoty uchroniła mnie przed cierpieniem samotności” – dodaje ten wędrowny katechista.

 

Wiadomo, ksiądz parafii nie wybiera. A na parafii, mimo że wszyscy są dobrymi ludźmi, charaktery po prostu mogą się nie zgodzić. Doświadczył tego kiedyś ks. Muszyński. Jak podkreśla, to właśnie wspólnota służyła mu wtedy za oparcie. Oparcie, które czasem może być bardzo dyskretne: „Ostatnio 80-letnia siostra zakonna z mojej wspólnoty zapytała, jak się miewam. Odpowiedziałem, że dobrze, że jestem bardzo zadowolony z pracy, z miejsca i księży na plebanii. A ona na to: «Jestem taka szczęśliwa, tak się za ciebie modliłam!»”.

 

 

Parafie z formacją pochrzcielną

 

Całą noc śnieżyło, a rano – jeżeli tak nazwać ten mrok – ulice przypominały nartostrady. Warszawa, nie Rzym, na siedmiu wzgórzach nie leży, a jednak z wiaduktu na Głębockiej stoczył się autobus i jazdę skończył na poboczu. Brnąc przez zaspy, docieram na Domaniewską. Tak jeszcze – myślę sobie – swoich urodzin nie zaczynałem. Patrzę na zegarek, jest 6.15, spóźniłem się. Ludu Bożego w kościele niemal jak na niedzielnej Mszy świętej. Trwa jutrznia. „Dziś jakoś mało ludzi przyszło, to chyba przez ten śnieg” – mówi znajoma, prowadząc mnie po nabożeństwie do proboszcza.

 

Podobnie u św. Augustyna. W Adwencie na jutrznię przychodzi około 200 osób. Czytania, śpiewanie psalmów, 15 minut modlitwy cichej. Po 7.00 zaczynają się roraty. Kto może, zostaje, inni idą do pracy. Proboszcz, ks. Walenty Królak, przyjął mnie u siebie w kancelarii. Przez 20 minut naszej rozmowy odebrał kilka telefonów, „opędził się” od paru następnych, wydał polecenia dotyczące stawiania szopki i rzeczowo wytłumaczył dobijającemu się do niego dyrektorowi szkoły, skąd ma wziąć opłatki.

 

„Ludzie mówią o nas «parafia neokatechumenalna». A ja nie wiem, co to jest, takiego pojęcia nie ma!” – mówi w przerwie między jednym telefonem a drugim. „Wraz z innymi księżmi jestem tutaj z polecenia biskupa. Niektórzy patrzą na nas jak na jakąś schizmę czy heretyków. Ale po pierwsze, Droga Neokatechumenalna niczego nowego do Kościoła nie wnosi, a po drugie, czy coś wciąż może być nowością od 45 lat?” – pyta poirytowany.

 

Parafia św. Augustyna jest więc zwykłą parafią, choć może niestandardową. Działa w niej 12 wspólnot neokatechumenalnych. Wiele inicjatyw wychodzi od świeckich. To oni przygotowują liturgie, głoszą katechezy, angażują się w ewangelizację dorosłych czy prowadzą kursy przed bierzmowaniem i dla narzeczonych. W ten sposób mogą wziąć odpowiedzialność za Kościół. „Model, w którym to ksiądz ma wszystko zorganizować, wyremontować i pobudować, najczęściej źle działa” – uważa ks. Królak.

 

Jego zdaniem, Droga Neokatechumenalna daje narzędzia, które z po­wodzeniem można stosować w życiu parafii. „Po chyba 8 latach kapłaństwa, czyli jakieś 28 lat temu, poczułem się bardzo zmęczony. Posługa stała się dla mnie rutyną i pasmem trudności, trudno przecież wciąż tylko eksploatować się dla innych. Szukałem dla siebie ratunku. A byłem przy tym wrogiem wspólnoty, wspólnotowość uważałem za pewne hobby i dziwactwo. Gdy jednak poznałem Neokatechumenat, właśnie wspólnota dała mi możliwość odżycia i nawrócenia. Zobaczyłem, że daje on fantastyczne narzędzia duszpasterskie do formowania ludzi” – wspomina proboszcz św. Augustyna. Zaznacza jednocześnie, że charyzmat Drogi stanowi jedną z możliwych propozycji – nie jest ani jedyną, ani najlepszą. Wypełnia jednak dotkliwą lukę, gdyż „do tej pory Kościół, przynajmniej w Polsce, metody duszpasterskiej na dorosłych nie znalazł. Robi się misje, rekolekcje, ale formacji, która byłaby permanentna i rzeczywista, nie ma. Człowiek dorasta, mnożą się problemy, a jego wiara zostaje na poziomie pierwszej Komunii” – stwierdza ks. Królak.

 

Jeden fakt podkreślają wszyscy księża zgodnie: razem pracuje się łatwiej i lepiej. Prezbiterów Neokatechumenatu głęboko łączy wspólne doświadczenie wiary, na Drodze nie można postępować samemu. Księża z tej parafii dobrze się znają i z reguły z seminarium wynieśli inny model wzajemnych relacji. „Na wielu plebaniach księża mogą razem jeść, kłócić się, ale na pewno nie modlić. Kiedy my się spotykamy, najpierw się modlimy. To najlepsze, co możemy zrobić” – mówi ks. Królak. „W tej parafii łatwiej rozwiązuje się problemy duszpasterskie, bo możemy na nie spojrzeć razem” – wtóruje mu ks. Odziemczyk.

 

Co istotne, inni księża i wspólnota dają możliwość spojrzenia na siebie z dystansu. I tu ważna jest szczerość. U brata ze wspólnoty zawsze można zasięgnąć porady i zapytać, jak on postrzega moje działania. Inaczej na problemy z dziećmi patrzy ojciec rodziny, a inaczej ksiądz i katecheta. Dlatego właśnie mogą pomagać sobie nawzajem. Warunkiem jest to, że każda uwaga powinna wypływać z miłości i być z miłością odbierana.

 

Wspólnotowość może też być modelem życia kapłańskiego. „Na parafii staramy się spędzać ze sobą dużo czasu i razem się modlić. To daje nam bardzo piękną przestrzeń wewnętrzną. Mogę traktować swojego współbrata właśnie jak współbrata, a nie jak kolegę z pracy” – mówi ks. Muszyński. Nie jest to – jak podkreśla – specyfika Neokatechumenatu. Nie wszyscy księża u św. Anny angażują się w Drogę Neokatechumenalną, ale każdy z nich stara się o realizację kapłańskiego modelu wspólnotowości.

 

Tak samo zresztą jest w przypadku parafii Najświętszej Marii Panny Matki Kościoła, którą postrzega się mimo to jako „parafię neokatechumenalną”. Na Domaniewskiej wszyscy księża codziennie odprawiają wspólnie jutrznię. Ponadto razem się modlą, jedzą i po prostu – jak relacjonuje proboszcz – dużo ze sobą rozmawiają. W swoim gronie przeżywają też ważne święta, na przykład Wigilię Bożego Narodzenia czy uroczystość Objawienia Pańskiego. Raz w tygodniu zbierają się dodatkowo, by przygotować się do niedzielnej Eucharystii.

 

Ksiądz na Drodze

 

Wszyscy prezbiterzy Drogi Neokatechumenalnej w danym regionie spotykają się co tydzień. W przypadku Polski ci, którzy mogą, zbierają się w poniedziałki w Archidiecezjalnym Seminarium Misyjnym „Redemptoris Mater”. Jedno spotkanie poświęcone jest modlitwie ze słowem Bożym, pozostawia się też czas na adorację Najświętszego Sakramentu i spowiedź. Całość trwa 3-4 godziny. W następnym tygodniu prezbiterzy rozważają któryś z dokumentów kościelnych dotyczących życia kapłańskiego. Chwalą to sobie, gdyż dzięki temu mogą być „w miarę na bieżąco”. Na kolejny poniedziałek przypada zazwyczaj spotkanie z ojcem duchownym. Księża mogą się wtedy podzielić w szerszym gronie swoimi problemami duszpasterskimi i tymi, które dotyczą wspólnego życia. I wreszcie jedno spotkanie w miesiącu odbywa się u któregoś z nich w parafii. Księża celebrują Eucharystię, jedzą obiad, a przede wszystkim są razem.

 

„Po wyświęceniu ksiądz zostaje często faktycznie sam. Często ma dodatkowo uraz do seminarium i przez długie lata go nie odwiedza” – mówi ks. Królak. Jego zdaniem, formacja stała w ramach diecezji jest niewystarczająca. „Nie mylmy formacji z dokształcaniem czy informacją. Dni skupienia czy konferencje odbywają się rzadko. Ponadto ksiądz nie ma na nich możliwości powiedzenia o sobie, o swoich problemach i doświadczeniu wiary. Nie może się tam poczuć wysłuchany, zrozumiany i zaakceptowany” – wyjaśnia proboszcz św. Augustyna.

 

Tymczasem samo seminarium „Redemptoris Mater” ma strukturę wspólnotową, a jego charakterystycznym rysem jest międzynarodowość. O tym, do którego z 72 seminariów na całym świecie trafi dany kandydat do kapłaństwa, decyduje losowanie. Kształcących się kleryków utrzymują miejscowe wspólnoty. Takiemu – dajmy na to – Ekwadorczykowi, który dostał się do Polski, trzeba zapewnić spodnie, buty i kurtkę, bo biedak trafił do nieco innych warunków klimatycznych, niż jest przyzwyczajony. Kleryk nie dysponuje żadnymi swoimi pieniędzmi, a telefon komórkowy zostawia u rektora. Oczywiście, jeżeli ma jakieś potrzeby, na przykład chce kupić bilet, prosi przełożonego. A kontakt z odpowiedzialnymi – jak zapewnia ks. Królak – jest dużo łatwiejszy niż w zwyczaj­nym seminarium diecezjalnym. „Mamy inne relacje, wszyscy jesteśmy po imieniu, księża ze sobą, wspólnoty z nami, a w seminarium klerycy z przełożonymi. To usuwa bariery i upraszcza relacje, nie ma tych «prałatów», «kanoników» i «ekscelencji»” – mówi proboszcz.

 

Formacja w „Redemptoris Mater” trwa przeciętnie 10 lat. Jest to seminarium misyjne. Cudzoziemcy dostają rok na wyszlifowanie miejscowego języka. Wszyscy klerycy natomiast po dwuletnich studiach filozofii zostają posłani na trwające 2-4 lata praktyki ewangelizacyjne. W tym czasie kandydat do kapłaństwa dużo podróżuje. I tak na przykład ks. Odziemczyk spędził rok w Toronto, a drugi – by było cieplej – w Nowosybirsku. Ze swoich wojaży jest bardzo zadowolony. Praktyki misyjne chwali sobie także ks. Muszyński. „Rzeczywistość w seminarium była zupełnie inna, niż oczekiwałem. Do tej pory miałem do czynienia z księżmi w parafiach, ale nigdy z księżmi profesorami. Po drugim roku właściwie chciałem już odejść. Wtedy wysłano mnie na misję. Kiedy wróciłem, już dobrze wiedziałem, dla kogo i po co się uczę. Wiedziałem, że moim zadaniem będzie głosić Ewangelię i muszę się do tej funkcji dobrze przygotować” – opowiada. Obecny duszpasterz akademicki w kościele św. Anny spędził cztery lata w Rosji, na Białorusi i Litwie.

 

Co roku do seminariów „Redemptoris Mater” na całym świecie przyjmowanych jest około 30 Polaków. Więcej powołań pochodzi tylko z Włoch i Hiszpanii. Absolwent takiego seminarium zostaje inkardynowany do miejscowej diecezji. Po jakimś czasie, jeżeli otrzyma pozwolenie lokalnego biskupa, może udać się na misje albo tam, gdzie potrzebni są prezbiterzy.

 

Kościół na czasy obecne

 

W parafii przy Domaniewskiej od lat organizuje się pielgrzymki młodzieży. Latem 2009 roku młodzi udali się śladami świętych do Włoch. W podróży do Padwy, Loreto i Rzymu prowadził ich ks. Antonio Panaro, włoski prezbiter, który od ponad trzech lat pracuje pod ojcowskim okiem ks. Zielińskiego. W wyprawie – jak zaznacza – towarzyszyła im ekipa katechistów. „Nigdy nie jeżdżę sam, aby nie przywiązać młodzieży do siebie jako do duszpasterza. Będą inni po mnie. Najważniejsza jest relacja młodych z Chrystusem, ja jestem tylko marnym narzędziem w rękach Boga” – mówi ks. Panaro. Jednym z najmocniejszych momentów pielgrzymki była dla niego nocna Eucharystia, którą młodzi spontanicznie przygotowali na tarasie hotelu pod Rzymem. „Nie mieliśmy lampy, chłopaki przynieśli więc świece, a zwykły stół posłużył nam za ołtarz – opowiada. – W którymś momencie Mszy świętej zobaczyłem, że wielu młodych ludzi płakało. Było lato, z ulicy dochodził hałas, a z plaży łomot dyskotek. Tymczasem oni, siedząc plecami do tamtego świata, przyznawali się do Jezusa Chrystusa”.

 

Ks. Panaro chciał zostać malarzem, lecz poszedł do seminarium i teraz... spełnia się jako aktor. Wyjazd na Światowy Dzień Młodzieży do Sydney dla wielu młodych osób był marzeniem. Cóż, bilet lotniczy kosztował 10 tys. zł od osoby. Wraz z młodzieżą ks. Panaro przygotował spektakl na podstawie filmu „Anioł w Krakowie”. Przedstawienie odniosło ogromny sukces. Do wpływów z biletów dołożyła się wspólnota parafialna i grupa młodzieży mogła do Sydney pojechać. Obecnie trupa z Domaniewskiej wystawia sztukę Przed sklepem jubilera Karola Wojtyły.

 

„Gdy Neokatechumenat rodził się w Polsce, byliśmy «na indeksie», często nas «przesłuchiwano» – mówi ks. Królak. – Stoi mi przed oczami audiencja u Prymasa Wyszyńskiego, tuż przed jego śmiercią. Powiedział wtedy do nas: «Jestem już człowiekiem z innej epoki. Zajmowałem się komunizmem, kwestią robotniczą i sprawami społecznymi. Ale to, co wy robicie – czuję to całym sercem – jest na te czasy i jest potrzebne»” – wspomina proboszcz św. Augustyna.

 

Kamil Wielecki (ur. 1981), etnolog i antropolog kultury, dziennikarz Katolickiej Agencji Informacyjnej


Podziel się
oceń
2
1

komentarze (0) | dodaj komentarz

symptom, wskazujący na zagrożenie gorsze dla Europy, a może i dla świata, niż ostatnia wojna

środa, 13 czerwca 2012 11:45

W sferze duchowej Smoleńsk to symptom, wskazujący na zagrożenie gorsze dla Europy, a może i dla świata, niż ostatnia wojna - pisał o. Augustyn Pelanowski OSPPE w kwartalniku FRONDA (55/2010).

 

„Miałam niegdyś córkę, zrodzoną z prawowitego związku. Otrzymała sakrament chrztu, a ja ją wychowałam w bojaźni Bożej, z poszanowaniem nauki Kościoła – jak na to pozwalał jej stan i wiek. Była dobrym i pracowitym dzieckiem, chętnym do pomocy rodzicom w domu i polu. Gorliwie uczęszczała do świątyni i co miesiąc przystępowała do spowiedzi oraz Komunii Świętej. Mimo młodego wieku pościła oraz żarliwie modliła się za ludzi cierpiących i żyjących w nędzy, współczując im z całego serca. Nigdy nie zgrzeszyła myślą, mową ani uczynkiem przeciwko świętej wierze. A jednak wrogowie postawili ją przed sądem i wytoczyli jej proces, który był prowadzony z pogwałceniem wszelkiej sprawiedliwości. Pozbawiono ją obrony i skazano na okrutną śmierć na stosie, a hańba za to spadła na nas wszystkich”.

 

To słowa matki Joanny D’Arc, Izabeli Romée, wypowiedziane w paryskiej katedrze Notre Dame 7 listopada 1455 roku wobec wzruszonego tłumu w czasie rehabilitacyjnego procesu, który w przyszłości miał otworzyć drogę do kanonizacji Joanny. Przytaczam je, ponieważ potwierdzają zasadę tego świata: każdy szlachetny człowiek wcześniej czy później naraża się na nienawiść i zawiść ludzi, których nie stać na prawość. Po spektakularnych zwycięstwach, ale i porażkach, Joanna wpadła w ręce Burgundczyków, gdy powracając do Compiègne, zamknięto przed nią bramy fortyfikacji, choć była już blisko nich. Do dziś nikt nie jest pewien, czy powodem nie była czyjaś zazdrość albo lęk przed wzrastającą popularnością. Ludzie uczciwi są nie do zniesienia – u nielicznych budzą podziw, zaś u licznych niestety zawiść. Angielski król Henryk VI, którego Joanna nie chciała uznać władcą Francji, popadł w obłęd, został stracony niemal dokładnie czterdzieści lat po jej śmierci. Nieszczęście jest jak kamień wyrzucony w górę, spada w końcu na tego, kto je wywołał.

 

Pamiętam pogrzeb Jana Pawła II i tę księgę Pisma, którą w pewnej chwili podmuch wiatru zamknął. Istnieją ludzie, których życie jest księgą pełną pięknej treści. Istnieją znaki subtelne i skromne, jak wymowne spojrzenia bez słów, które podkreślają jednak jakieś wydarzenie w taki sposób, by mogło ono stać się czymś więcej niż tylko faktem dającym dużo do myślenia. Byli jednak i tacy, którzy wynajęli tureckiego zamachowca, by zabił papieża, bo ten wydawał im się wrogiem całego Układu Warszawskiego. Wiemy, kim byli. Jakiego niebezpieczeństwa można się dopatrzeć w człowieku, który większość czasu spędza na modlitwie albo na przekonywaniu ludzi, by zrezygnowali z przemocy? Brat Roger z Taize został zasztyletowany w czasie modlitwy przez niepoczytalną kobietę, ale jakie mroczne siły popchnęły ją do tej zbrodni? Co ukrywa się pod maską cywilizacji, skoro uznaje ona ludzi modlitwy oraz prawości za tych, których trzeba unicestwić? Dlaczego zakatowano księdza Popiełuszkę? Dlatego, że mówił o mocy dobra, która przezwycięża zło? Dlaczego strzelano do arcybiskupa Romero? Ten świat niesprzyja ludziom prawym, choć tylko dzięki nim jeszcze istnieje. Sprawiedliwi są kolumnami podtrzymującymi cywilizację, która zawistnie ich zgniata i miażdży. Pewien pisarz powiedział o swej ojczyźnie, że jest maciorą pożerającą własny pomiot. Co powiedziałby o całej Europie?

 

Nieistotne?

 

10 kwietnia 1940 roku Stalin razem z Berią szukali miejsca na posadzenie drzewa przy lotnisku w Smoleńsku – tak można przeczytać pod fotografią, która krąży w rosyjskiej sieci internetowej. Nie wiemy, czy zdjęcie jest autentyczne, ale gdyby tak było, to fakt ten nie byłby jedynie ponurym przypadkiem. Czyż nie z powodu smoleńskich drzew runął prezydencki Tupolew? Ludzie opętani duchem śmierci, nawet gdy sadzą drzewa, czynią je narzędziami śmierci. W ich rękach piece stają się krematoriami, praca torturą, wolność zniewoleniem.

Zastanawiające zrządzenie Opatrzności pognało dymy islandzkiego wulkanu tak daleko, że nie pozwoliły wzbić się w powietrze samolotom delegacji mających przybyć na pogrzeb prezydenta, który zginął w katastrofie lotniczej! Kiedy czytałem o tym w gazecie, przypomniał mi się 9. rozdział Apokalipsy, który wywołał najgorsze przeczucia – nie tylko związane z Polską. Trzeba bowiem pamiętać z historii, iż każda tragedia naszego narodu zwiastowała o wiele gorsze losy dla wielu innych narodów. Europa okryła się kirem wulkanicznego pyłu – czy jest to ostrzeżenie dla naszego kontynentu, który zbliża się do jakiegoś zaćmienia, gorszego niż to, które ogarnęło Europę w latach ostatniej wojny? Niekiedy mało istotne szczegóły kojarzą się i przeobrażają w poważną refleksję. Marcel Proust napisał kilka stron wnikliwych skojarzeń, smakując magdalenkę, słodkie ciastko. Nigdy byśmy nie wiedzieli, jak ważnym słowem jest Eureka, gdyby Archimedes nie udał się do kąpieli. Niekiedy spontanicznie nagrany filmik komórkową kamerą więcej mówi niż tony wydrukowanych artykułów w opłacanych przez zagranicznych potentatów gazetach.

Tej niedzieli, gdy chowano prezydenta, który zakończył życie w samolocie Tu-154, w świątyniach odczytywany był fragment Ewangelii o ostatnim połowie 153 ryb, które dołączyły do tej leżącej na żarzących się węglach, czyli sto pięćdziesiątej czwartej. Czytałem święty tekst i nagle pomyślałem o tym zbiegu liczb jak o wskazówce, która pomogła mi w ogóle spojrzeć na śmierć inaczej, znacznie głębiej. Skojarzenie wydaje się być naciągane albo karkołomne, ale ważne jest to, że Człowiek ogarnięty Duchem Życia, nawet zwykłym połowem ryb, może wskrzeszać coś więcej niż nadzieję. Trochę niepokoi fakt, iż był to ostatni połów!

 

Uwznioślenie

 

Śmierć jest bardziej pochwyceniem ku górze niż runięciem w dół. Zostali pochwyceni z tego świata, jak owe ryby z jeziora. Umarli żyją więc w Bogu, którego najradykalniejszym atrybutem jest właśnie ŻYCIE, jeśli za tego życia Bóg w nich żył. Oby wszyscy z nich! Chciałbym mieć taką pewność! Wyciąganie ryb z dna jeziora przypomina o tym, że śmierć w Chrystusie jest uwzniośleniem życia ku wysokości, jakiej nie możemy sobie wyobrazić – dlatego postrzegamy śmierć jako zniknięcie kogoś. Echo tego uwznioślenia odbija się śladowo nawet w tak nagłej przemianie uczuć do zmarłych. Niedawno krytykowane osoby nagle stają się niemal bohaterami, o których mówi się jedynie dobrze! Nawet ktoś złośliwy ścisza głos, gdy umiera tragicznie jego wróg, bo śmierć czeka również na tych, którzy ją zadają. Ale jeśli nie ścisza, to go to oskarża! Lepiej umrzeć jako ofiara niż jako zabójca. Smucą oczywiście te insynuacje, jakoby katastrofa była efektem presji, jaką wywarł prezydent na pilotach. Kłamstwo triumfuje na chwilę. Ogłupi tłumy, oślepi miliony, zatka usta, bo taki jest porządek tego świata.

Na szczęście słowo Dobrej Nowiny o ostatnim połowie w tak smutnym kontekście nadaje jak najbardziej zwycięskiego i proroczego niemal charakteru wydarzeniu, jakie miało miejsce 10 kwietnia. Zwycięskiego i proroczego, ponieważ Chrystus wyciąga nas ze śmierci jak tamtego dnia rybacy wyciągnęli ryby z jeziora. Śmierć jest jedynym ludzkim doświadczeniem, którego nie jesteśmy w stanie przeżyć, by żyć dalej tym samym życiem doczesnym w sensie jego kontynuacji, ale to nie znaczy, że nie jest możliwe żyć egzystencją uwzniośloną. Śmierć jest nieuchronna, ale nie można twierdzić z całą pewnością, że po niej nic nie ma, bo można jedynie tak wierzyć. Ateiści też tylko wierzą, że nic nie ma, podobnie jak chrześcijanie wierzą Chrystusowi, że jest wieczność wypełniona jeszcze intensywniej życiem niż doczesność.

 

 

Paul Ricoeur nazywa śmierć nie-doświadczeniem, bo nie możemy o niej świadczyć, choć możemy jej do-świadczyć. Wiemy jednak, że jest jeden Człowiek, który jej doświadczył i o jej klęsce zaświadczył, bo ją... przeżył. Zawsze, gdy dochodzi do nieprzewidzianej śmierci, ludzie szukają wytłumaczenia i oczywiście... winnych. Jedno jest pewne: Bóg nie jest autorem śmierci nagłej, tragicznej, zaskakującej.

Księga Mądrości (1,13): „Bo śmierci Bóg nie uczynił i nie cieszy się ze zguby żyjących”.

Księga Mądrości (2,24): „A śmierć weszła na świat przez zawiść diabła...”

List do Rzymian (5,12): „Dlatego też jak przez jednego człowieka grzech wszedł na świat, a przez grzech śmierć, i w ten sposób śmierć przeszła na wszystkich ludzi, ponieważ wszyscy zgrzeszyli...”

List do Rzymian (8,13): „Bo jeżeli będziecie żyli według ciała, czeka was śmierć. Jeżeli zaś przy pomocy Ducha uśmiercać będziecie popędy ciała – będziecie żyli”.

List do Kolosan (3,5-10): „Zadajcie więc śmierć temu, co jest przyziemne w waszych członkach: rozpuście, nieczystości, lubieżności, złej żądzy i chciwości, bo ona jest bałwochwalstwem. Z powodu nich nadchodzi gniew Boży na synów buntu. I wy niegdyś tak postępowaliście, kiedyście w tym żyli. A teraz i wy odrzućcie to wszystko: gniew, zapalczywość, złość, znieważanie, haniebną mowę od ust waszych! Nie okłamujcie się nawzajem, boście zwlekli z siebie dawnego człowieka z jego uczynkami, a przyoblekli nowego, który wciąż się odnawia ku głębszemu poznaniu Boga, według obrazu Tego, który go stworzył”.

 

Taka jest nauka Biblii. Zastanawia wyraźnie to podkreślenie św. Pawła: nie żyjcie w kłamstwie. Jak bardzo nasza epoka jest nasycona kłamstwem, jak bardzo jesteśmy zmanipulowani medialnie i politycznie! Kłamstwo jest schronieniem śmierci. Ona czai się w każdym kłamstwie. Jak smutne jest stwierdzenie francuskiego filozofa Josepha de Maistre’a, który uważał, że za wszelką cenę trzeba ukryć przemoc leżącą u podstaw państwa, gdyż tylko tajemnica pozwala przetrwać władzy politycznej. Koniecznie musimy jednak podkreślić, że słowo tajemnica tylko w polityce jest synonimem kłamstwa. Poza nią jest dyskrecją pełną szacunku dla bliźniego albo ochroną własnego sumienia.

 

Brama

 

Wszyscy wiemy, że kiedyś umrzemy, ale kiedy ktoś obok nas umiera, jesteśmy zaskoczeni, jakby śmierć była najbardziej nieprawdopodobnym wydarzeniem, jakby była nie z tego świata, jakby była niemożliwością, która wdziera się bezczelnie z pozbawioną współczucia bezwzględnością. Śmierć, jak wszyscy czujemy, jest czymś bezsensownym albo czyniącym całe nasze życiowe staranie pytaniem: po co to wszystko? Czy ktoś buduje dom przez siedemdziesiąt lat lub niewiele mniej, by się z niego wyprowadzić, zatrzasnąwszy za sobą drzwi, i już nigdy nie powrócić? Całe staranie wydaje się bezcelowe, ale jednak wbrew tej pewności, która dotyczy naszej śmierci, czynimy wszystko, jakby jej nie było, albo jakby była czymś do przeżycia.

 

Ktoś, kogo widzieliśmy, dotykaliśmy, rozmawialiśmy z nim, nagle staje się tylko niewrażliwym na nic ciałem, które z godziny na godzinę ulega destrukcji. Jakieś niewidzialne drzwi zamykają się jak wieko trumny za każdym umarłym i nasze pukanie zdaje się być bezskutecznym, gdyż tajemnica tych niewidzialnych drzwi, za którymi ktoś znika, domaga się odpowiedzi od kogoś innego niż człowiek a jednocześnie kogoś, kto jest człowiekiem. Nie są to drzwi z metafory Kafki, które, choć otwarte, są nieprzekraczalne, ponieważ człowiek nie wie, że są dla niego przeznaczone, by odnaleźć sens. Nie są to drzwi Sartre’a, za którymi ludzie stają się więźniami swych sekretów. Kto wie, co Jezus w istocie miał na myśli, gdy nazywał siebie Bramą? Może właśnie to, że jest bramą w śmierci? Śmierć zamyka za człowiekiem drzwi, ale tylko ktoś, kto jest człowiekiem, byłby wiarygodnym świadkiem wyjaśnienia tego, co jest poza tymi drzwiami, a jednocześnie tylko ktoś ponadludzki mógłby udzielić pewnego świadectwa o przezwyciężeniu śmierci. Kimś takim dla mnie, chrześcijanina, jest jedynie Chrystus: Bóg i Człowiek. W Nim Bóg udzielił odpowiedzi wszystkim, którzy pytają o to, czy po śmierci jest życie.

 

2 List do Tymoteusza (1,10): „Ukazana zaś została ona teraz przez pojawienie się naszego Zbawiciela, Chrystusa Jezusa, który przezwyciężył śmierć, a na życie i nieśmiertelność rzucił światło przez Ewangelię”.

 

Wiara w zmartwychwstanie wyznaje, że Chrystus, prawdziwy człowiek – także przechodzący przez śmierć – jest jedyną istotą na świecie, która w sobie samej i dla nas wszystkich przezwycięża tę wciąż destruktywną formę, jaka na naszych oczach panuje nad światem (jak ujął to jasno Gustave Martelet). Poza Jego propozycją, którą Kościół nazywa dobrą wieścią, czyli ewangelią – a ja bym powiedział nawet: NAJLEPSZĄ NOWINĄ – nie znam żadnego innego rozwiązania. Mając to wszystko na uwadze, żadna śmierć mną już od dawna nie wstrząsa, tym bardziej że kilkakrotnie sam zajrzałem jej prosto w oczodoły. Wstrząsają mną okoliczności dramatyczne, nagłe, krwawe, wypełnione bólem – wstrząsa mną cierpienie i oczywiście wzdryga mnie czyjaś radość ze śmierci kogoś drugiego. Porusza mnie widok ludzi, których śmierć pozbawia osób ukochanych, ale umarły jawi mi się jako ktoś, kto przeszedł drzwi, które zamknął za sobą i tylko dlatego go nie widzę. Wiem jednak, że za tymi drzwiami on jest! Ponieważ mnie także Pan kilkakrotnie wyrwał z wydawać by się mogło niezwyciężonych szponów śmierci, jestem pewny, że tak będzie i w dniu, gdy fizyczność jej ciosu mnie wreszcie dopadnie.

 

Drugi List św. Piotra (2,9): „wie Pan, jak pobożnych wyrwać z doświadczenia, niesprawiedliwych zaś jak zachować na ukaranie w dzień sądu”.

 

Bóg nie jest autorem śmierci, tylko autorem zmartwychwstania i jeśli zdarzają się tragiczne doświadczenia, nagłe zgony spowodowane wypadkami lub ludzką zbrodnią, to za nimi stoi zawsze duch śmierci, złowroga siła ciemności. Żeby śmierć nie była dla mnie śmiercią, zgodnie ze światłem słów Chrystusa, mam żyć życiem Jezusa które skrywa się w Jego Słowach i Sakramentach. Oto w skrócie wyznanie, jakie streszcza wiarę moją i, jak sadzę, każdego chrześcijanina.

 

Nawrócić się

 

Ale jak pojąć ten tragiczny wypadek na lotnisku w Smoleńsku? Ponieważ jestem chrześcijaninem, nade wszystko nie potrafię spoglądać na fakty bez okularów Pism Świętych, które jak dwa szkła pozwalają rozczytać każde wydarzenie, chwytając jego sens. W Ewangelii św. Łukasza Jezus rzucił wspaniale światło na takie doświadczenia, jakie miało miejsce 10 kwietnia.

 

Ewangelia św. Łukasza (13,1-5) „W tym samym czasie przyszli niektórzy i donieśli Mu o Galilejczykach, których krew Piłat zmieszał z krwią ich ofiar. Jezus im odpowiedział: «Czyż myślicie, że ci Galilejczycy byli większymi grzesznikami niż inni mieszkańcy Galilei, że to ucierpieli? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy podobnie zginiecie. Albo myślicie, że owych osiemnastu, na których zwaliła się wieża w Siloam i zabiła ich, było większymi winowajcami niż inni mieszkańcy Jerozolimy? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie»”.

 

Mogę w każdej chwili zginąć, umrzeć, dowiedzieć się, że mam złośliwego czerniaka albo wpaść pod samochód. Oczywiście widziałem, jak Bóg chronił mnie od tego wszystkiego, jak odracza moją śmierć, bym się... nawrócił do Niego, bo tylko On jest życiem silniejszym niż śmierć.

 

Tekst ewangeliczny opowiada o pewnych tragicznych doświadczeniach, które zakończyły się nagłą śmiercią wielu ludzi. Zwróćmy uwagę na to, że są zaznaczone dwie przyczyny tych dramatycznych zgonów tak wielu istnień ludzkich: pierwszą przyczyną jest człowiek: Piłat. Tak, za wieloma nagłymi zabójstwami stoją po prostu tyrani, ludzie dysponujący władzą i siłą śmiercionośną. Ale druga przyczyna zdaje się nie mieć autora. Zawaliła się wieża w Siloam. Tak po prostu? Spada samolot, eksploduje wulkan, wybucha pożar, giną ludzie. Jest wiele takich okoliczności, które kończą się śmiercią, i wydaje się, że nikt nie stoi za takimi sytuacjami. Ale to nieprawda: za tragicznymi, nagłymi wypadkami stoi duch śmierci, przeciwnik Boga i człowieka – wcale nierzadko posługując się człowiekiem kłamstwa.

 

I Jezus dodaje, co wydaje mi się najistotniejsze: JEŚLI SIĘ NIE NAWRÓCICIE, WSZYSCY PODOBNIE ZGINIECIE. Powinno nas poważnie zastanowić, że Chrystus nie walczył z rzymskimi okupantami. Nie dzielił ludzi na złych Rzymian i dobrych Żydów. Świat jest we władaniu potężnych mocarstw i one same się rozpadną, ale walczyć powinno się przede wszystkim o życie wieczne. Do czego się nawrócić? Do wszczepienia się w drzewo, które jest nieśmiertelnością, bo jest życiem w Bogu. Drzewo niezasadzone ręką Stalina, lecz to, na którym umarł Zbawiciel. Drzewo, które nazywa się krzyż.

 

Czy można żyć w Bogu? Gdzie jest taki kraj, albo taki dom, albo taka atmosfera, która daje ci szansę na życie w Bogu? Posłuchajmy, co mówi Jezus.

 

Ewangelia św. Jana (6,47): „Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Kto we Mnie wierzy, ma życie wieczne”.

 

Ewangelia św. Jana (6,54): „Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym”.

 

Ewangelia św. Jana (10, 27-28): „Moje owce słuchają mego głosu, a Ja znam je. Idą one za Mną i Ja daję im życie wieczne. Nie zginą one na wieki i nikt nie wyrwie ich z mojej ręki”.

 

Życie wieczne jest we mnie wtedy, gdy wierzę Jemu, gdy spożywam Jego Ciało i Krew, i gdy słucham Jego głosu, jak owca słucha głosu pasterza.

 

Tak, tylko kto dziś jeszcze o tym myśli? Cywilizacyjny galop wpędził nas w ułudę życia bez śmierci. Wszyscy jesteśmy kuszeni do tego oszukiwania samych siebie nieobecnością śmierci. Odkładamy śmierć na później, ale ona wpada bezczelnie wcześniej. Zawsze wydaje się być zaskoczeniem, nawet gdy ktoś choruje na raka i lekarze obwieścili mu bezwarunkowo werdykt. Nigdy nie jesteśmy tak uprzejmi wobec siebie nawzajem, jak w obliczu śmierci – jakże łatwo innych przepuszczamy przodem. Gdy ona otwiera nam drzwi, mówimy: „proszę przodem sąsiedzie”, jak trafnie zauważył Jenkelevitch.

 

Nikt nie bierze poważnie pod uwagę swej śmierci, a gdy ktoś umiera, szybko tuszujemy ten fakt, by usunąć oczywistość śmierci z naszej osobistej perspektywy. Siedząc w ławce świątyni, patrzysz na sąsiada i myślisz, że długo już nie pociągnie, bo ma taką ziemistą twarz. Ale nie myślisz tak o sobie, patrząc rankiem w lustro przy toalecie. Byleby tylko o tym nie myśleć! I nagle jakaś straszna tragedia, w której ginie mnóstwo ludzi. W Nowym Orleanie, na Manhattanie, w metrze w Moskwie, w Smoleńsku. Zaskakuje nas to, ale też przypomina, że śmierć wchodzi na nasz świat przez zawiść diabła. Już sama wieść o śmierci innych jest jak uchwyt za gardło, z którego nie możemy się uwolnić sami. Jest oczywiście Ktoś, kto pokazał, że potrafi uwolnić się z tego uchwytu, kto umarł na krzyżu i zostawił nam ten krzyż, byśmy nim egzorcyzmowali śmierć. Ale my właśnie z entuzjazmem zaczynamy wyrzucać krzyż nawet z naszych szkół – i dlatego teraz śmierć będzie nam dawać niezłą szkołę! Będzie wciąż przypominać o sobie i zapewne przerobimy jeszcze wiele takich „lekcji” w najbliższym czasie. Podobnie jak nie myślimy o własnej śmierci, tak z ogromnym oporem dopuszczamy do siebie myśl o nowej wojnie, a przecież nie jest to wcale niemożliwe w świecie, gdzie trony władców zajmują psychopaci, a arsenały pełne są broni masowego rażenia.

 

Wyprzeć się śmierci

 

Ta straszna śmierć w Smoleńsku jest nie tylko czymś okropnym i skłaniającym do współczucia rodzinom zmarłych, ale też znakiem, przypomnieniem, że my również umrzemy. Być może zostanie ona odczytana tak przez wielu z nas, którzy z dumnym entuzjazmem pozbyliśmy się jedynej nadziei na uwolnienie się z owych szponów, które wcześniej czy później sięgną po nasze gardła. Jestem pełen smutnych przeczuć wobec naszego świata, w którym istnieją ludzie tak bardzo fascynujący się śmiercią innych, że są w stanie zlecić kradzież napisu z bramy w Auschwitz! Czy wróży to coś dobrego? Czy to też jest jakiś znak?

 

Ludzie pragną śmierci innych, gdy pragną usilnie wyprzeć się własnej śmierci. Hitler i Stalin panicznie bali się własnej śmierci, dlatego zepchnęli jej widmo na innych, na miliony. To jest prymitywna mentalność: nieśmiertelność za cenę śmierci drugich. Człowiek prymitywny chrupał czaszkę zabitego wroga, sądząc, że w ten sposób przejmie jego wiedzę i życie. Obserwujemy dziś bardzo podobne symptomy: eutanazja, aborcja, zdejmowanie krzyży, nawet palenie zwłok i umieszczanie ich w metalowych urnach przypominających opakowania z kawą czy urządzanie na cmentarzach estetycznych parków przypominających raczej spacerowe bulwary. Tak bardzo lękamy się śmierci, że nawet boimy się starzenia.

 

Wszyscy chcą być młodzi, po operacjach plastycznych, naszpikowani odżywkami podnoszącymi sprawność i potencję. Ale czy ten postęp nie jest podstępem na miarę zerwania owocu z drzewa poznania dobrego i złego? Badania nad komórkami macierzystymi pozwolą naukowcom zrekonstruować tkankę, co przedłuży nasze życie o kilkadziesiąt lat. A mimo to wszyscy ludzie, wierzący czy niewierzący, są – jak zauważył Jean-Didier Vincent – jedynymi ssakami wystraszonymi wiedzą o własnej śmierci.

 

Zastanawia mnie zjawisko coraz częstszych produkcji hollywoodzkich podejmujących tematykę apokaliptyczną: kiedy widzi się zagładę na ekranie, można utwierdzić się w przekonaniu, że to tylko film, a jeśli nawet nie, to i tak zginą wszyscy oprócz tego, który w sali kinowej chrupie popcorn niczym jego praprzodek czaszkę. Dopóki zagłada zdarza się na ekranach, mamy wrażenie, że jest czymś złudnym, nierzeczywistym, ale gdy spada samolot, wszyscy stajemy wobec faktu, który ściska nam gardło lękiem. Rok 2012 niebawem się zacznie, ale jak dowiadujemy się z filmu Rollanda Emmericha, uratować się chcą tylko najbogatsi i tylko oni uratują swoje obciążone sumieniem istnienie!

 

Znak Sodomy

 

Kiedy widmo śmierci jest bliskie, człowiek ucieka się do seksu jako nadziei najnaturalniejszej, by uniknąć śmierci. Córki Lota były gotowe na kazirodztwo, byleby tylko nie myśleć o zagładzie Sodomy. Gay Pride Parade na ulicach Sodomy – to był chyba jakiś sposób na uśmierzenie świadomości o końcu tegoż wyrodnego miasta? Czy ostanie dziesięciolecia nie obfitowały w podobne procesje? Cóż one prorokują? Czy potrzeba wulkanicznego pyłu z Wezuwiusza, żeby odczytać odpowiedź? Pompeje były jednym wielkim lupanarem, ale oczywiście mało kto kojarzy los tej metropolii z grzechem rozpusty. Freski, rzeźby, wytwory sztuki użytkowej, a nawet graffiti z Pompei jakże przypominają pewne ulice Amsterdamu, zaułki Nowego Orleanu i wielu innych dumnych miast.

 

Przerażenie śmiercią wpędza człowieka na bezdroża rozpusty. Dlaczego? Bo im bardziej usuwamy śmierć z naszej świadomości, tym bardziej staje się ona oczywistsza, a zamroczenie rozpasaną seksualnością daje szansę zapomnieć o niej choć na chwilę. Nasze czasy są nacechowane seksualną swobodą, bo – jak podejrzewam – wszyscy przeczuwają jakąś zagładę. Jakby wyczuwało się w powietrzu zbliżającą się hekatombę. Cień wulkanicznych wyziewów nie jest jedynym cieniem nad naszą euroamerykańską cywilizacją.

 

Katyń stał się ponownie odnowioną raną. Co mówi ten znak? W sferze jak najbardziej duchowej jest sygnałem jak najbardziej niepokojącym. Sądzę, że to złowieszczy symptom, wskazujący na zagrożenie gorsze dla Europy, a może i dla świata, niż ostatnia wojna. Ktoś mi powiedział, że starym żołnierzom odnawiają się rany przed wybuchem nowej wojny. To miejsce znowu zakrwawiło, a ja nie czuję pokoju od tamtego dnia. Kiedy Jezus przepowiedział upadek Jerozolimy, mówił o znakach natury, które będą ostrzegać ludzkość przed zagładą. Trzęsienia ziemi czy wybuchy wulkanów można uznać za przypadek, albo... za reakcje natury, która przeczuwa coś o wiele gorszego w ludzkich sercach.

 

Nadzieja

 

Nie wolno udawać, że nie ma śmierci, tylko trzeba jej się przyjrzeć, bo za jej otwartymi drzwiami stoi Chrystus zmartwychwstały. Gdy nie ma żadnej wieści o tym, co jest po śmierci, lęk przed nią staje się w człowieku potężny i nie do uniesienia, więc spycha on ten ciężar na innych. Jeśli nie ma w kimś wiary w możliwość przezwyciężenia śmierci, to świadomość zgonu jest nie do zniesienia i człowiek jest w stanie nawet zabić, byleby tylko to nie on był tym, który pierwszy umiera.

 

Pytam więc siebie: czy mam wiarę w życie Tego, który wyszedł z grobu i ukazywał się więcej niż pięciuset ludziom, jak to stwierdza Paweł?

 

1 List do Koryntian (15, 3-8): „Przekazałem wam na początku to, co przejąłem: że Chrystus umarł – zgodnie z Pismem – za nasze grzechy, że został pogrzebany, że zmartwychwstał trzeciego dnia, zgodnie z Pismem: i że ukazał się Kefasowi, a potem Dwunastu, później zjawił się więcej niż pięciuset braciom równocześnie; większość z nich żyje dotąd, niektórzy zaś pomarli. Potem ukazał się Jakubowi, później wszystkim apostołom. W końcu, już po wszystkich, ukazał się także i mnie jako poronionemu płodowi”. Albo sobie to zmyślił ten człowiek, albo mówił prawdę. Tylko czy za kłamstwo jest się zdolnym samemu umrzeć? A on przecież nie unikał za tą prawdę męczeństwa! Każda prawda wcześniej czy później wyjdzie na jaw. Każda ukryta przed Bogiem. Każda oprócz tej, którą ukryliśmy w tym, który jest DEUS ABSCONDITUS!

 

Siedemdziesiąt lat temu w Katyniu zamordowano tysiące ludzi i przez dziesięciolecia starano się o tym nie mówić. Najpierw wykopano zmasakrowane trupy, później przez wiele lat nikt nie chciał się do tego przyznać. Nie obwiniam o zbrodnie żadnego narodu, ale ludzi opętanych pewną ideologią: komunistów i faszystów. Jedni i drudzy zaznaczyli się tym samym piętnem: nienawiścią do krzyża. Oni też usuwali krzyże nawet ze szkół. A kiedy już nie było krzyży w szkołach, pojawiły się ich tysiące, miliony na cmentarzach, w obozach zagłady, lasach, na polach bitewnych i ulicach. Czy to do nas nie przemawia? Kiedy usuwamy krzyż, nic nas nie obroni przed wzajemnym krzyżowaniem! Kiedy usuwamy krzyże, usuwamy też Ciało i Krew Chrystusa, usuwamy Jego głos i Jego Życie wieczne – a wtedy jesteśmy bezbronni wobec ducha śmierci. Wtedy śmierć szaleje, zaskakuje, przeraża, wpada w nasze życie bez zapowiedzi, prześladuje i spada jak grom z jasnego nieba. Kiedy żyjemy w Chrystusie, w cieniu Jego krzyża, śmierć jest ograniczona, może przybyć do nas w chwili, gdy na nią jesteśmy nie tylko przygotowani, ale też przed nią zabezpieczeni na tyle, by nie była czymś ostatecznym. Dotyka naszego życia fizycznego, ale Duch Boga, tak jak wzbudził Jezusa, wzbudzi i nas.

 

Nie jestem gazecianym intelektualistą i nie będę się wykłócał o miejsce na cmentarzu. To jest żałosne, wyczuwa się w tym odór nekrofilii, gdy słyszy się te ciągłe kłótnie o to, gdzie i kogo należy pogrzebać. Jestem kaznodzieją i moim obowiązkiem jest prorokować, czyli przekonywać o miłości Boga, ale też ostrzegać przed nienawiścią sił ciemności. I cóż ja widzę?

 

Jeśli w naszym świecie ginie tak wielu wartościowych ludzi, nagle, w miejscu tak symbolicznym, w dniach tak znamiennych, to oczywiście myślę najpierw o skrywanej przez 70 lat prawdzie. Wiemy dobrze, że wreszcie cała Rosja obejrzała film Andrzeja Wajdy Katyń. Teraz wreszcie już wszyscy wiedzą. Prawda wyszła na jaw, a prawda o śmierci zmienia ludzkie życie niezwykle trwale – znamy to nie tylko z życia, ale i z wielkiej literatury, weźmy choćby przykład Pierre’a z powieści Wojna i pokój Lwa Tołstoja. W obliczu śmierci w człowieku ujawnia się to, co w nim najistotniejsze.

 

Wiem, że istnieją nieludzkie siły, które pragnęłyby nie tylko niezgody, ale nawet nowej wojny, nienawiści i krwi, śmierci i gwałtów. Polacy ponieśli straszną ofiarę w czasie ostatniej wojny, okropną zbrodnią była zbrodnia holocaustu na narodzie żydowskim, przerażenie ogarnia człowieka, gdy pomyśli, ilu Niemców zginęło w imię wiary w jednego opętanego człowieka, ale trzeba też pamiętać, że najbardziej wycierpiał od reżimu komunistycznego i faszystowskiego naród rosyjski. Liczby mówią za siebie – Rosjan zginęło najwięcej i to nie od kul nazistów, ale co najgorsze, samych Sowietów. Zawsze kiedy obce państwa chciały wymazać Polskę z mapy Europy, traciły na tym o wiele więcej. Ale to nie narody są winne, tylko ideologie, które są substytutem religii. Tam, gdzie nie ma wiary w Boga, wkracza zwyrodniała wiara w człowieka. Czy to nie przedziwne, że zarówno swastyka, jak i sierp i młot były jakimś wynaturzeniem krzyża, jego oszukańczym surogatem? Przyglądając się formie tych znaków, nie sposób nie zauważyć, że nawiązują swym kształtem do krzyża. Obydwie ideologie zbudowane były na kłamstwie propagandy, która miała zastąpić DOBRĄ NOWINĘ chrześcijaństwa.

 

Wiemy już dzisiaj bardzo dobrze, że na wzór ołtarza Zeusa, który został przeniesiony z Pergamonu i zrekonstruowany w 1930 roku w Berlinie, zostało wykonane mauzoleum Lenina na Placu Czerwonym w Moskwie. Nie byłoby może w tym nic szczególnego, gdyby nie to, że Apokalipsa św. Jana nazywa ołtarz pergamoński tronem szatana (w całej Biblii to określenie pojawia się tylko w tym miejscu). Stoją więc te dwie budowle jak dwie wieże Mordoru (a Polska ściśnięta między nimi) i sieją zniszczenie do dziś.

 

Życie zwycięży

 

Apostołowie wychodzą z więzienia zawsze w obecności anioła. Jezus wychodzi z grobu, jak prawda wychodzi na jaw! Przepłacono żołnierzy, by mówili o wykradzeniu ciała, ale prawda wcześniej czy później przelicytuje każde kłamstwo. Siedemdziesiąt lat skrywano prawdę o Katyniu i teraz nie da się jej już ukryć. Może kiedyś poznamy prawdę o katastrofie w Smoleńsku? Na tym świecie jest to raczej tak niepewne, jak ujawnienie prawdy o tym, kto doprowadził do spalenia na stosie Joanny D’Arc.

 

Jezus, jak wspomniałem, wydobywał mnie z sytuacji naprawdę śmiertelnych kilka razy. Widziałem aniołów, którzy wyprowadzali mnie z mroków. Kiedyś umrę, ale jestem gotowy, mam w sobie życie, mam w sobie wiarę, mam w sobie Jego Słowo, i Krew, i Ciało. Nie lękam się śmierci, bo Jezus mnie wydobędzie z grobu – jestem tego pewien. Nigdy nie rozpaczałem. Nie płakałem nad grobem ojca, ani nad grobem matki nie zapłaczę, bo zawsze będą żyć, gdyż wszczepili swoje życie w Chrystusa. Nie płakałem, to nie znaczy nie odczuwałem żałoby, straty porównywalnej z amputacją części ciała a nawet czymś więcej. Bliscy nam ludzie są jak część naszego ciała. Pozostaje pytanie: czego bardziej żałujemy – utraty tych osób czy zerwania więzi? Tego, że ktoś umarł, czy tego, że nie mamy go już dla siebie? Bywają żałoby egoistyczne

 

Bóg nie jest Bogiem umarłych, tylko żywych. Kto w Nim umiera, kto z Nim jest nieustannie, ten przechodzi przez śmierć jak przez drzwi. Jedynie pogrążeni w prawdziwej żałobie będą pocieszeni, napisał Ricoeur. Żałoba jest czymś zupełnie innym niż rozpacz. Jest przyjęciem prawdy o smutku, o stracie, jest odwagą zapłakania. Rozpacz jest zaś nieprzyjęciem prawdy o pocieszeniu, o zwycięstwie, o zmartwychwstaniu. Istnieje głęboka więź między żałobą i radością, lamentem i pochwałą, a nawet – powiem więcej – między żałobą a szczęściem. W języku hebrajskim słowo określające smutek jest tym samym, które określa radość: NOHAM! Rozpacz jest tam, gdzie nie ma nadziei. Rozpaczać mogą ci, dla których śmierć jest beznadziejnym końcem. Dla mnie nie jest. Gdy umarł mój ojciec, pomyślałem sobie: no cóż wyjechał trochę dalej niż za Atlantyk.

 

Jezus nie mówi, że kiedyś, w odległej przyszłości, w epoce odległej o miliony lat zobaczymy naszych zmarłych. Oni żyją w równoległej teraźniejszości, jak wynika z teologicznych prawd chrześcijańskiej eschatologii. Więzi pozostają nierozerwalne, gdy żyjemy w religijnej wierze. Słowo religia pochodzi od religare – to znaczy wiązać i może oznaczać również to, że nic nie zostaje przerwane nawet przez śmierć dla kogoś, kto trwa w religijnym odniesieniu do drugiej osoby, która przedarła się przez wrota śmierci. Jeśli masz wiarę mocną, nie rozpaczasz nawet pozornie. Jeśli masz wiarę pozorną, rozpaczasz prawdziwie.

O. Augustyn Pelanowski OSPPE


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Taka jest wola Boga

środa, 13 czerwca 2012 7:07

Taka jest wola Boga
Rozmowa z ks. dr Robertem Pisulą, który jako pierwszy kapłan z naszej diecezji podjął się posługi wędrownego katechisty



Przez ostatnie sześć lat był Ksiądz wykładowcą i ojcem duchownym - niezmiernie cenionym przez kleryków - w Wyższym Seminarium Duchownym w Kaliszu, a także adiunktem na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu. To wszystko Ksiądz nagle zostawia, dlaczego?
To, co na zewnątrz wygląda na nagły zwrot w moim życiu, jest w rzeczywistości realizacją pragnienia, które dojrzewało we mnie podczas wielu lat formacji na Drodze Neokatechumenalnej.

Mógłby Ksiądz w kilku słowach przybliżyć nam tę rzeczywistość?
Droga jest pierwszym uznanym przez Kościół nowożytnym katechumenatem, który powstał z inspiracji Soboru Watykańskiego II. W odróżnieniu od tego starożytnego, neo-katechumenat obejmuje już ochrzczonych, którzy w sposób wolny uznają samych siebie za niewystarczająco ewangelizowanych i wyrażają gotowość przejścia drogi prowadzącej do dojrzałej wiary. Odbywa się ona w małych wspólnotach, które gromadzą ludzi w różnym wieku i statusie społecznym, zarówno świeckich, jak i duchownych.

W naszych parafiach potrzebny jest nowy model duszpasterstwa, które nie jest obliczone na doraźne i statystyczne rezultaty, ale cierpliwie i wytrwale przygotowuje wiernych do oparcia się milczącej apostazji współczesnego świata.


Ksiądz chce być wędrownym katechistą - czyli kim właściwie? Na czym polega ta posługa?
Drogę Neokatechumenalną w parafiach otwierają i prowadzą ekipy katechistów, składające się zazwyczaj z prezbitera, pary małżonków i mężczyzny nieżonatego. Oni przyjeżdżają na zaproszenie biskupa i proboszcza, aby głosić katechezy początkowe, zakładać małe wspólnoty i czuwać nad przebiegiem katechumenatu. Ekipy te nie pozostają na jednym miejscu, lecz są w nieustannym ruchu od parafii do parafii i z tego względu nazywane są wędrownymi.

Jest to więc powrót do sytuacji, którą znamy np. z Dziejów Apostolskich?
I nie tylko - święci Benedykt, Franciszek, Dominik, Ignacy Loyola rozsyłali swoich braci po dwóch na wędrowne głoszenie ewangelii. Nic więc dziwnego, że Duch Święty także dzisiaj wzbudza w Kościele nie tylko wędrownych katechistów i prezbiterów, ale także wielodzietne rodziny, które Ojciec Święty wysyła na krańce świata z misją implantatio Ecclesiae.

Głoszenie Słowa Bożego przez ludzi świeckich u boku kapłana jest w Kościele pewną nowością...?
Dotykamy tutaj niesłychanie ważnego problemu, jakim jest wzajemna relacja pomiędzy wiernymi duchownymi i świeckimi. Doświadczenie pokazuje, jak trudno zachować tutaj złoty środek pomiędzy wyniosłym paternalizmem, a zamazującym granice kumpelstwem. Trzeba wrócić do wspólnego nam fundamentu, jakim jest chrzest i na nowo odkrywać doświadczenie chrześcijańskiego braterstwa. Jest to potrzebne kapłanom, aby w sposób radosny i owocny mogli przeżywać swój charyzmat celibatu.

W tym kontekście pojawia się zwykle lęk przed niewłaściwym zaangażowaniem świeckich w życie Kościoła, jak to ma miejsce np. w kontestatorskim ruchu niemieckim Wir sind Kirche...?
To jest przykład jak niebezpieczne może być powierzanie w Kościele funkcji ludziom świeckim, którzy są bardzo religijni i posiadają rozległą wiedzę teologiczną, ale nie zostali uformowani w duchu Ewangelii.

Powróćmy do Księdza misji - kto kieruje ekipami wędrownych katechistów i decyduje o ich przeznaczeniu?
Według Statutu zajmuje się tym Międzynarodowa Ekipa Drogi Neokatechumenalnej, zatwierdzona przez Stolicę Apostolską, bądź też, w ich imieniu, ekipy odpowiedzialnych za Drogę w poszczególnych krajach. Ma to miejsce podczas corocznych zebrań katechistów wędrownych, nazywanych konwiwencjami, podczas których każdy z nich zgłasza swoją gotowość do posłania go do jakiejkolwiek części świata, pozostając wolnym w każdej chwili przerwać swoją misję.

Kiedy i gdzie odbędzie się najbliższa konwiwencja, na której pozna Ksiądz szczegóły swojej nowej posługi?
Na przełomie sierpnia i września, na Górze Błogosławieństw w Izraelu, gdzie znajduje się Domus Galilaeae, międzynarodowe centrum Drogi Neokatechumenalnej.

Przejdźmy do konkretów: z czego utrzymują się wędrowni katechiści?
Wędrowni katechiści zgadzają się przeżywać swoją misję w kruchości, to znaczy, że nie mają własnych środków utrzymania, ale żyją z tego, co otrzymają od braci ze wspólnot.

Każdy człowiek pragnie w życiu stabilizacji i bezpieczeństwa. Patrząc z tego punktu, bycie wędrownym katechistą jest swoistym wyzwaniem?
Stabilizację i poczucie bezpieczeństwa, o które ostatecznie chodzi każdemu z nas, zapewnić może naprawdę tylko Chrystus - On jest tą najlepszą częścią, której nigdy nie będziemy pozbawieni. Tak wierzę. Ale, żeby było całkiem jasne: nie jestem żadnym bohaterem i bardzo się boję tego, co może się wydarzyć.

Skąd Ksiądz ma pewność, że powinien być wędrownym katechistą, a nie dalej wykonywać swoją dotychczasową pracę?
Pewność każdej decyzji dotyczącej własnego powołania przychodzi z dwóch stron: najpierw od wewnątrz, jako upodobanie i powinność, które jednak muszą zostać ostatecznie potwierdzone na zewnątrz przez Kościół. Dlatego przez wiele lat poddawałem moje pragnienie rozeznaniu Księdza Biskupa. W tym roku otrzymałem Jego zgodę na 10 - letnią misję wędrownego katechisty.

Nie żal Księdzu zostawić wszystko i rozpoczynać niejako nowy etap w swoim życiu?
Oczywiście, że żal mi opuszczać moją dotychczasową pracę, szczególnie w Seminarium - to był najpiękniejszy okres mojego życia. Ale mam wewnętrzne przekonanie, że taka jest wola Boga, który nas kocha i chce, abyśmy byli szczęśliwi według Jego zamysłu. Poza tym, katechista wędrowny pozostaje złączony ze swoją diecezją, do której regularnie powraca, aby uczestniczyć w drodze własnej wspólnoty neokatechumenalnej.

Rozmawiał ks. Krystian Szenowski

http://www.opiekun.kalisz.pl/162/tekst_1.htm


Podziel się
oceń
3
1

komentarze (0) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


poniedziałek, 20 listopada 2017

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O moim bloogu

blog powstał jako poboczny do moich notatek by umieszczać tu teksty których ja nie tworzyłem, a które są dla mnie ważne, moje tropy...

kim jestem?