Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 272 297 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Jasna strona księżyca

sobota, 29 września 2012 11:50

Pokażę Ci drogę do nieba Jezus jeszcze się nie urodził, a już biegnie. I to nie na własnych nogach. On naprawdę tęskni. My pobożnie udajemy. I kto tu przeżywa Adwent? – pyta o. Augustyn Pelanowski w rozmowie z Marcinem Jakimowiczem



Marcin Jakimowicz: Ogląda Ojciec czasem telewizję?
O. Augustyn Pelanowski: – Oj, rzadko…

Pytam, bo co chwilkę różni mądrale opowiadają w niej o tym, że płód nie jest człowiekiem. Tymczasem bohaterami dzisiejszej Ewangelii są dwie kobiety i… dwa płody. I to te płody odgrywają kluczową rolę…
– To niezwykłe, że ta Ewangelia pojawia się właśnie w okresie Adwentu. Pozornie tu nie pasuje. Ale tak naprawdę pasuje jak ulał. Bo opowiada o ogromnej potrzebie Boga spotkania się z człowiekiem. Jeszcze się nie urodził, a już biegnie. I to nie na swoich nogach (śmiech). Okazuje się, że to nie my mamy nieposkromioną potrzebę spotkania się z Jezusem, ale On z nami! To nie Elżbieta biegnie do Miriam, by w uścisku wyczuć ruchy płodu Mesjasza, ale odwrotnie. Jezus motywuje Mamę do tego, by biegła. Nie może doczekać się spotkania z drugim człowiekiem. A najlepiej z kimś, kto jest w takim samym „formacie” jak on, czyli z drugim płodem (śmiech).

Znam sporo kobiet w ciąży. Bardzo o siebie dbają. Nie wchodzą po schodach, tylko jeżdżą windami.
– A Maryja biegnie. I to gdzie? Okolica, do której zdążała, była górzysta. Słowo horeinos, które tutaj zostało użyte, sugeruje miejsce niedostępne, zarośnięte, dokąd z trudnością się dociera. Nie jest łatwo dotrzeć Bogu do człowieka. Wzmianka o tym gąszczu górskim kojarzy mi się z zagubieniem Adama w gąszczu raju. Zanim Jezus nauczył się chodzić i mówić jakiekolwiek słowa, zainspirował swą Matkę do drogi w niedostępne miejsce. On pragnie dotrzeć do człowieka zagubionego w gęstwinie grzechów. I komu tak naprawdę zależy na spotkaniu? Nam czy Bogu? Kto tu kogo wygląda? Kto przeżywa Adwent?

Nie chce Ojciec chyba powiedzieć, że to nie my przeżywamy Adwent, tylko Bóg…
– Tak, chcę to powiedzieć (śmiech). My czekamy na Mesjasza? Nie wygłupiajmy się. Czekamy na choinkę, wigilię, prezenty, „magię świąt”, a nie na Mesjasza. To On nie może doczekać się spotkania! Przecież większość z nas modli się gorąco: Boże, żeby tylko Twoje królestwo nie przyszło! (śmiech)

Litza pyta się na koncercie: „Kto chce iść do nieba?”. Las rąk. „A kto chce iść do nieba dzisiaj?” Wszystkie ręce w dół…
– Dokładnie! Wróciłem właśnie ze szpitala. Widziałem ludzi, którzy cierpią, ale kurczowo trzymają się życia, zwijają się z bólu, ale za Chiny nie puszczą… Nie wierzymy, że niebo będzie atrakcyjne, że dopiero tam poznamy smak życia. Dzisiejsza Ewangelia pokazuje, kto naprawdę przeżywa Adwent. Jezus biegnie, mimo że nie potrafi jeszcze zrobić kroku. On naprawdę tęskni – my pobożnie udajemy. Na szczęście w Talmudzie jest napisane, że gdy czynimy zło, to Bóg mruży oczy, by jak najmniej zobaczyć, a gdy czynimy najmniejszy sprawiedliwy czyn, to robi taaaakie oczy (śmiech). Otwiera je bardzo szeroko. Pomniejsza grzechy, a wydobywa z nas dobro.

Scena z naszej wspólnoty. Trwa Różaniec. Jedna kobieta (w ciąży) nudzi się jak mops. I wtedy dostajemy proroctwo: Dziecko w jej łonie szaleje z radości. Świętuje. Jest na uczcie. I nie może się nadziwić, że jego mama tak ostentacyjnie ziewa…
– To prawda. Często skupiamy się na zranieniach i traumach czasu prenatalnego, a nie mówimy o jego blaskach i radościach. Jeśli płód przeżywa coś niezwykle radosnego, to zmienia to całą jego przyszłość. Malutki Jan przeżył dotknięcie Boga mocniej niż córka Jaira czy nawet św. Piotr. To był rodzaj interwencji chirurgicznej… Dlaczego? Bo Jan był czysty, dziewiczy, pozbawiony mechanizmów obronnych, filtrów, masek, ironii, inteligentnych ripost. Był płodem. Jeśli doskonała genetycznie istota, którą jest Syn Boży, spotyka się z maleńkim Janem, to łatwo przewidzieć skutki takich „odwiedzin u rodziny” (śmiech). Wino obecności Bożej potrzebuje pustego kielicha. Bóg uwielbia zaczynać od chaosu. Bóg stworzył świat z chaosu. Wielu ludzi na tym świecie mówi: moje życie jest chaotyczne. I chwała Bogu, że tak jest!

Pierwsze zdanie pierwszego czytania: A ty, Betlejem Efrata, najmniejsze jesteś wśród plemion judzkich…
– Bóg ma upodobanie w tym, by zaczynać od niczego. Wielu ludzi czuje się nikim na tym świecie. Nie wiedzą o tym, że są wybrańcami losu. Czy Jan uczył się w jakiejś prestiżowej szkole? Na przykład w słynnej jesziwie Gamaliela? Nie. On ruszył w nicość, w pustkę. Uciekł na pustynię.

Sytuacja sprzed dziewięciu lat. Moja żona (w ciąży) w pewnym momencie zauważyła, że dość ruchliwe dziecko przez długi czas przestało się ruszać. Przestraszyła się. I wtedy jako dobrzy katolicy postanowiliśmy powierzyć małą Martę Panu Bogu. Lepiej późno niż wcale (śmiech). Zmówiliśmy dziesiątkę Różańca, a brzuch Doroty dosłownie oszalał. Dziecko zaczęło w nim skakać. Zadzwoniłem do
Ojca i mówię: Dziecko jakby tańczyło. Zaczął się Ojciec bardzo śmiać…

– Wiesz dlaczego? Bo w Ewangelii zamiast słów
„poruszyło się w jej łonie” jest „tańczyło” (skirtao). Mały Jan tańczył, bo wyczuł obecność Jezusa! Czuł się jak na uczcie i wyczyniał w macicy Elżbiety różne obertasy (śmiech).

Gdy czyta się dzisiejszy psalm: „Usłysz, Pasterzu Izraela, który zasiadasz nad cherubami, wzbudź Twą potęgę i przyjdź nam z pomocą!” ma się przeczucie jakiegoś „wejścia smoka”, potęgi Bożej druzgocącej skały. A tu rodzi się dzidziuś…
– Wiesz, co robi na drugim człowieku największe wrażenie? Czyjaś delikatność. Gdy Bóg pisał na kamiennych tablicach dziesięć przykazań, używał palca. Nie zaciśniętej pięści czy młota pneumatycznego, tylko palca. Dlatego kamień ustępował Mu do tego stopnia, że litery prześwietliły się na drugą stronę. Były dziurami, a tablice można było czytać z obu stron. Prawo przymierza zobowiązuje przecież dwie strony. My znamy tylko jedną z nich: tę, do której my jesteśmy zobowiązani. Ale przecież Bóg też zobowiązał się do przestrzegania przykazań. Jakich? Na przykład: „Nie będę miał żadnego innego stworzenia oprócz ciebie”, „Nie będę wzywał twojego imienia na darmo”, „Będę pamiętał o wszystkich twoich modlitwach i nie opuszczę żadnej twej Eucharystii”, „Będę czcił cię jak własne dziecko”, „Nigdy cię nie zabiję”, „Nigdy cię nie zdradzę” i tak dalej… Przypomnijmy sobie inną historię z kamieniem. Tłum mężczyzn chce ukamienować prostytutkę. Są zdeterminowani. Jak reaguje Jezus? Używa… palca. I wszyscy odchodzą. Czy zrozumieli, co chciał im przypomnieć?

W dzisiejszej Ewangelii wszystko odbywa się na poziomie jednej rodziny. Czy jeśli w jakiejś rodzinie Pan Bóg dotknie jednej osoby, ta łaska rozleje się na jej pozostałych członków?
– Tak. Ale musimy pamiętać o tym, że rozlanie łaski przypomina często rodzinny kryzys. Jezus wyraźnie o tym mówi: „Przyszedłem poróżnić syna z jego ojcem, córkę z matką, synową z teściową; i będą nieprzyjaciółmi człowieka jego domownicy” (Mt 10,34–39). Łaska rozlewa się strumieniem, ale często przypomina to dramat. Przypomnij sobie, co stało się z faraonem, gdy przyszła łaska do Mojżesza… A przecież oni bawili się razem klockami i gonili po wielkim pałacu.

Wielu znajomych opowiadało mi, że w czasie ciemnej nocy (dosłownej i duchowej) nie mieli odwagi wzywać imienia Boga czy nawet Jezusa. Uciekali jednak do Maryi, bo ona nie wzbudzała w nich lęku. Była przytuleniem…
– Doskonale wiem, o czym mówisz. Odpowiem ci obrazem. Przyniosłem specjalnie album Rembrandta. Zachwyciła mnie jego „Święta Rodzina”, obraz z 1645 roku. Skromne płótno, ale niezwykłe przede wszystkim w wymowie duchowej. Ten obraz jest jak katecheza. W ciemnym pomieszczeniu (a może na zewnątrz?) siedzą przy schodach: młodziutka mama – Miriam, babcia Anna, a w kołysce śpi maleńki Jezus. Anna drzemie, mając na dłoniach opleciony sznur, którym porusza delikatnie kołyską. Zza pochylonej nad Biblią głowy Miriam bije niezwykła poświata. Wydaje się, że to ciepłe światło wypływa wprost z kart Biblii. Jest jakby stłumione. Może dlatego, by w ogóle można było na nie patrzeć bez mrużenia oczu? Silne światło potrzebuje filtra, by można było je obserwować. Na słońce możemy spojrzeć jedynie, gdy przesłania je księżyc. Myślę, że takim księżycem jest Maryja.

Bo nie świeci własnym światłem, tylko odbija blask Syna?
– Tak. To dzięki Niej Jezus jest słońcem, które nie powala, lecz przyciąga. Maryja jest filtrem, dzięki któremu możemy w ciemnej nocy patrzyć na słońce, to znaczy spojrzeć w twarz samemu Bogu. Dlatego twoi znajomi uciekali w ciemności pod Jej płaszcz. Pamiętasz jak Jan Ewangelista, który znał przecież świetnie Jezusa, zareagował, gdy zobaczył Go w widzeniu na wyspie Patmos?

Padł jak martwy
– Właśnie! Była to konfrontacja „oko w oko” z Bogiem, bez żadnego filtra. Jezus, szczególnie w Ewangelii Marka, nakazywał milczenie o swej tajemnicy, co może wydawać się niezrozumiałe, ale On nie chciał nas przerażać, lecz przyciągać. Umniejszał swój blask, by nim nie porażać. Nie do końca chce mi się wierzyć, że domagał się milczenia na temat swych cudów, by Go nie mylono z mesjaszem politycznym. Politycy nie wierzą w cuda, chociaż to, co sami obiecują wyborcom, przekracza możliwości cudów (śmiech). Wydaje się, że nakazywanie milczenia było spowodowane pragnieniem zasłonięcia swej potęgi, by ludzie się Go nie bali. Rembrandt przedstawia Miriam jako słuchającą swego Syna przez Biblię.

Ma Jezusa na wyciągnięcie ręki, ale szuka Go w słowach księgi?
– Księga nie poraża, ale oswaja ze światłem, jakie wydobywa się z Przedwiecznego Słowa. Miriam, jak gorliwa uczennica musaru, po prostu spędza noc przy Torze, adorując w ten sposób Syna, zanim objawi się On światu! Rembrandt widział getta żydowskie. Spotykał wielu Żydów. Znał ich obyczaje. Człowiek, jak pisze rabin Dessler, gdy choć na moment odwraca swą uwagę od Tory, od razu wpada w szpony jecer hara, czyli złej skłonności, a mówiąc jaśniej: po prostu nie jest w stanie oprzeć się pożądliwości. Szatanowi wystarczy maleńka szczelinka bezczynności, by opanować naszą uwagę inwazją pokus. Rodzice Desslera zrywali się o świcie, by czytać Biblię. Byli świetnymi kupcami. Dlaczego? Nie dlatego, że cały dzień poświęcali na biznes, ale dlatego, że mieli na to tylko 4 godziny! Resztę poświęcali Torze. Przez te 4 godziny pracowali tak intensywnie, że zarabiali naprawdę świetnie. A my harujemy po 12 godzin i co z tego mamy?. Niewiele. „Szukajcie wpierw królestwa Bożego”…

Babcia na obrazie śpi sobie w najlepsze…
– Anna chrapie, trzymając Jezusa na sznurku. Jej postać rzuca na ścianę ogromny, wykrzywiony cień. To ciekawy szczegół. Nie jest bezpiecznie zasnąć przy Jezusie. Rodzą się w nas wówczas cienie i koszmary. Zasnąć przy Jezusie – to rzuca cień nawet na kogoś tak świętego jak Jego babka. Mówię to oczywiście z humorem, ale warto potraktować to ostrzeżenie poważnie. Miriam spędza noc przy Słowie, bo maleńki Jezus jeszcze nie nauczył się do niej mówić nawet: Mama! Być może do wielu z nas Jezus jeszcze nie przemówił osobiście, ale jest przecież Biblia. A jej Słowa przemawiają…

Zwłaszcza gdy człowiek szuka odpowiedzi i trafia na architektoniczny opis: „Wysokość jednej spiżowej głowicy wynosiła pięć łokci, a sieć i jabłka granatu były rozmieszczone dokoła głowicy, wszystko ze spiżu. Podobnie było przy drugiej kolumnie”. I jak takie słowa mogą przemawiać?
– Otwierając Biblię, obcujemy z żywym Bogiem. Każde jej słowo jest dla mnie spotkaniem. Słowa Biblii mają swe wewnętrzne życie, które domaga się wydobycia. Są przestrzenią, w której ukrywa się obecność Boga…

Nawet między spiżowymi kolumnami?
– Jasne. Dla człowieka cywilizacji euro-amerykańskiej słowa są jedynie przekaźnikiem intelektualnych treści. W Biblii są one obecnością. Ja nie wiedziałem, że tak jest. Dowiedziałem się o tym dopiero po trzech latach czytania Biblii dzień w dzień (gdy często w ogóle nie rozumiałem tekstów nad którymi ślęczałem).

Trzy lata? Straszna dłużyzna dla pokolenia ADHD. Nie da się tego zamienić w trzy tygodnie?
– Myślę, że Bóg nie odsłania się z byle powodu. On musi zobaczyć, że naprawdę tęsknisz. Sobór Watykański mówi o tym, że ktoś, kto codziennie przez pół godziny czyta Biblię na zasadzie lectio divina, zyskuje odpust zupełny. A ponieważ ja miałem na sumieniu sporo grzechów, więc korzystałem z tego jak wariat (śmiech). Po trzech latach siedzenia nad Biblią rzuciło mnie ma kolana. Było nas w celi sześciu. Trudny czas, po stanie wojennym. Wieczór. Czytałem opowieść o miłosiernym samarytaninie. Obok Biblii leżał komentarz Orygenesa. Nagle mnie olśniło. Nie wiedziałem, co się dzieje, ale to musiało być coś wyjątkowego, skoro padłem na kolana i dziękowałem Mu prosto w oczy za to, że dał mi klucz do zrozumienia... To było pierwsze dotknięcie. Po kilku latach przeżyłem drugie przyjście. To znów przyszedł On, nie ja. Wracamy do punktu wyjścia: i kto tu naprawdę przeżywa Adwent?

GN 51/2009


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


poniedziałek, 20 listopada 2017

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O moim bloogu

blog powstał jako poboczny do moich notatek by umieszczać tu teksty których ja nie tworzyłem, a które są dla mnie ważne, moje tropy...

kim jestem?