Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 263 656 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


...wspomnienie mnichów z Tibhirine

piątek, 30 listopada 2012 7:16

Państwo Stanisław i Krystyna Kubiakowie oglądali film „Ludzie Boga” ze łzami w oczach. Trapistów z Tibirine zamordowanych w 1996 r. znali osobiście.

 

   Państwo Kubiakowie z szyszką z ogrodu z Tibhirine, pamiątką od o. Christiana de Cherge W katowickim mieszkaniu państwa Kubiaków pełno dyskretnych pamiątek z Algierii. Kolorowa kalebasa, imponująca róża pustyni, na ścianach ryciny. Ale dziś najcenniejsza jest szyszka z klasztornego ogrodu w Tibhirine. Zwłaszcza że na ekrany kin wszedł film ukazujący ostatnie dni życia siedmiu zakonników z klasztoru położonego w górach Atlasu.

 

– To prezent od Christiana – mówi ze wzruszeniem pan Stanisław. Gdy oglądali razem z żoną przedpremierowy pokaz „Ludzi Boga”, wspomnienia odżyły z pełną siłą. – Nie było łatwo patrzeć – przyznają.

 

W Algierii mieszkali od 1986 do 1994 r. Pan Stanisław, fizyk, wykładał na tamtejszych uczelniach. Najpierw w Chlef, a od 1991 r. Tizi Ouzu. Pani Krystyna uczyła dzieci przy polskiej ambasadzie w Algierze. Oni, chrześcijanie, mieli przyjaciół wśród muzułmanów. – Zapraszano nas na obchody ramadanu. A muzułmanie przychodzili do nas z życzeniami w czasie naszych świąt – opowiadają.

 

Maluchem do Thibirine

 

W wolnych chwilach ruszali na podbój pustyni… maluchem. Podczas jednej z wypraw zawitali do Tibhirine. – To było w styczniu 1988 – wspomina pan Stanisław. Wracaliśmy z objazdu małej pętli saharyjskiej. Zjechaliśmy wtedy ok. 2000 km w 10 dni. Jasne, że po drodze zdarzały się usterki lub burze piaskowe. Ale ludzie chętnie pomagali i z entuzjazmem witali naszego 126p.

 

O trapistach wiedzieli od znajomych księży i sióstr. – Przy furcie powitał nas ojciec Celestyn. Zaprosił do ogrodu. Opowiadał, że zanim zdecydował się zostać mnichem, żył samotnie w górach Atlasu – wspominają. – Nawet podobny był do niego aktor z filmu, choć Celestyn, był w rzeczywistości bardzo siwy – dodaje pani Krystyna. –Mnisi byli pogodnymi ludźmi, pełnymi radości i otwartości – przyznają.

  

Drugi raz odwiedzili trapistów w 1991 roku. To wtedy o. Christian podarował im pamiątkową szyszkę. Spożyli wspólnie piknik. Rozmawiali o prostych rzeczach. Poznali o. Bruno i br. Luca, tamtejszego lekarza, do którego przychodzili się leczyć nawet islamscy bojownicy. – Luc leczył każdego. Klasztor był miejscem spotkania. Sam był bardzo schorowany. Miał astmę. Siedział w tyle, cichy, w swej czapce i swetrze. Przysłuchiwał się.

 

Pan Stanisław rozumie, dlaczego o. Christianowi trudno było podjąć decyzję o opuszczeniu klasztoru, gdy sytuacja stała się niebezpieczna. – Byli przywiązani do miejsca i ludzi, ze wzajemnością
Mnichów z Tibhirine poznał też  o. Darek Zieliński, ze zgromadzenia Ojców Białych. Pracował w Algierii kilka lat. Już jako kleryk zgromadzenia odbył tam staż od 1991 r.  do 1993 r. Mieszkał wtedy w Tizi Ouzuo, stolicy regionu Kabylia, zamieszkanego przez Berberów, najstarszą ludność tego kraju.

 

- Wspólnota Ojców Białych przybyła do Tizi Ouzou w 1946 roku, a  w samej  Algierii Misjonarze Afryki są  od ponad 120 lat. W czasach kolonialnych rząd francuski zajmował się wyłącznie ludnością francuską, więc i Kościół w Algierii był dla Francuzów. Pierwszym człowiekiem który pomyślał o tubylcach był francuski abp Algieru, Karol Lavigerie  – mówi Darek. - Misja rozpoczęła się od działalności społecznej. Oświata, opieka nad dziećmi, sierotami. To był czas biedy i głodu. Z czasem zaczęły napływać i inne zgromadzenia z myślą by pracować dla i pośród Algierczyków. Jednym z nich byli mnisi trapiści.

 

  

Misjonarze Afryki

O. Darek Zieliński (po prawej) z zaprzyjaźnionym imamem z Oranu (zachodnia Algieria) Darek mnichów z Tibhirine poznał po raz pierwszy po w 1992 r. Pojechał w towarzystwie kilku Polaków których poznał w Tizi Ouzou i Algierze.

 

-  Tibhirine położne w górach Atlasu, było oazą spokoju. Przy bramie klasztornej, po prawej stronie mieścił się budynek gościnny. Miejsce otwarte dla  wszystkich.  Zostawaliśmy w klasztorze na kilka godzin. Wspólne spacery z mnichami po ogrodzie... Przy klasztorze było wielkie gospodarstwo rolne. W ogrodzie uprawiano głównie drzewa owocowe. U mnichów pracowało wielu muzułmanów z sąsiadującej z nimi wioski.

 

W niedziele wcześnie rano, uczestniczyli z mnichami we mszy świętej.  - W pamięci mam obraz jak odprawiali mszę. Ich ubiór, wygląd... Wszyscy boso - przeor Chistian i bracia. Po mszy świętej dzieliliśmy wspólnie  piknik. To były chwile  do porozmawiania, dzielenia się życiem – opowiada Darek.

 

- Poprzez  ich sposób ubrania, zachowania, każdy kto do nich przychodził, zawsze mógł się czuć bardzo dobrze wśród nich.  Wszyscy bracia znali doskonale język arabski. Czas na modlitwy łączyli z muzułmanami którzy modlili się piec razy za dnia. Tak podkreślali jedność z ludźmi.

 

Darek chciał, aby przeor Christian został jego ojcem duchowym, pomimo że dzieliło ich prawie 200 km. - Ale sytuacja w kraju robiła się była coraz bardziej napięta, i przyjazdy z Tizi Ouzou do Tibhirine okazały się trudne.

 

W tragicznym dla nich roku 1996, mnisi zdawali sobie sprawę  że sytuacja jest bardzo niebezpieczna. - Władze lokalne, biskup nalegali aby wyjechali, jeśli czują się zagrożeni. Ale oni pozostali. Przecież ludność okoliczna ich znała... No i żyli w tym kraju od wielu lat. Czuli, że gdyby wyjechali to byłaby zdrada kraju, ludzi. Nie starali się nawracać.  Byli tam z miłości do muzułmanów. I jestem przekonany, że tamtejsi muzułmanie inaczej patrzyli na chrześcijaństwo gdy poznawali mnichów. Oby więcej było takich  miejsc spotkań… - mówi o. Darek.

 

Mnisi z Tiibhirine zostali uprowadzeni w nocy z 26 na 27 marca 1996 r. przez terrorystów Zbrojnej Grupy Islamskiej. Dwa miesiące później na drodze do Medei odnaleziono ich głowy. Okoliczności ich śmierci do dziś pozostają nieznane.

 

"Gdyby pewnego dnia zdarzyło się (…) że padnę ofiarą terroryzmu, który zdaje się obecnie zagrażać wszystkim cudzoziemcom zamieszkującym w Algierii, pragnąłbym, aby moja wspólnota, mój Kościół, moja rodzina pamiętali, że moje życie było oddane Bogu i temu krajowi (…)” pisał w pierwszych słowach swego testamentu o. Christian de Cherge.

Niektóre ofiary terroru w Algierii w latach '90 tych:

 

W połowie grudnia 1993 zamordowano 12 Chorwatów pracujących nieopodal Tibhirine. Ogłoszono, że jest to odwet za złe traktowanie muzułmanów w Bośni.

 

8 maja 1994 r. została zamordowana siostra Paulina Helena Saint Raymond, oraz marianin, brat Henri Verges.

 

Październik 1994 - w bramach kościoła w Algierze zostały zabite dwie siostry augustianki, Caridad Maria Alvarez i Ester Alonso.

 

27 grudnia 1994 radykalna Zbrojna Grupa Islamska (GIA) zamordowała 4 misjonarzy ze zgromadzenia Ojców Białych Misjonarzy Afryki. GIA oświadczyła, że jej czyn jest odwetem za śmierć czterech członków GIA w czasie ataku na uprowadzony przez fundamentalistów samolot Air France. Czterech Ojców Białych zastrzelono w ich domu w Tizi-Ouzou, odległym o ok. 110 km od stolicy kraju - Algieru. Dzień wcześniej elitarne jednostki żandarmerii francuskiej odbiły z rąk porywaczy z GIA przetrzymywany przez nich na lotnisku w Algierze samolot Air France z ok. 170 osobami. Podczas akcji zginęli czterej terroryści z GIA. Organizacja zapowiedziała dalsze prześladowania, przeciwko wszystkim, którzy sprzeciwiali się wprowadzeniu prawa koranicznego i islamskich struktur władzy.

 

W roku 1995 ofiarami terroryzmu islamskiego padły dwie siostry ze zgromadzenia Małych Sióstr Najświętszego Serca Jezusowego (założonego przez Karola de Foucauld).

 

W nocy z 26 na 27 marca 1996 roku terroryści uprowadzili mnichów z klasztoru w Tibhirine. Ich głowy znaleziono 21 maja. Ciał nie odnaleziono. Okoliczności i sprawcy śmierci pozostają nieznani.

 

1 sierpnia 1996 r. został zamordowany przez islamistów biskup Oranu Pierre Claverie, od lat zaangażowany w chrześcijańsko-muzułmański dialog.


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Skrwawione habity - Marcin Jakimowicz

piątek, 30 listopada 2012 6:13

Skrwawione habity - Marcin Jakimowicz

Przystawili mu karabin do brzucha: „Nie masz wyboru!”. „Zawsze mam wybór”. Odpowiedział spokojnie trapista. Tym razem odeszli. Nie na długo.

 

   Z reguły św. Benedykta: „ O pierwszym stopniu pokory mówimy wówczas, jeśli człowiek ma stale przed oczyma bojaźń Bożą i gorliwie się stara o niej nie zapominać. Człowiek powinien być przekonany, że Bóg z nieba patrzy nań zawsze i o każdej porze”.

 

Wigilia 1993. Śpiew kolęd przerwało brutalne łomotanie do bramy klasztoru. Niezapowiedzianą wizytę w algierskim monasterze Matki Bożej z gór Atlasu złożyli islamscy bojówkarze. Sam „emir” Atria plus jego uzbrojeni po zęby towarzysze. Zażądali lekarstw i pieniędzy. Chcieli wziąć z sobą osiemdziesięcioletniego brata Luca, klasztornego lekarza. Miał pielęgnować rannych z oddziału. Grozili. Przeor – Christian de Cherge odparł, że trapiści nie mają pieniędzy, a utrzymują się jedynie dzięki temu, co sami zrobią. Przystawili mu karabin do brzucha: „Nie masz wyboru!”. „Zawsze mam wybór” – odparł spokojnie. Odwaga trapisty zaimponowała terrorystom. Gdy zdumieni usłyszeli, że recytuje jak z nut Koran, powołując się na słowa o chrześcijanach jako braciach, zawstydzeni odeszli. Nie na długo.

 

Kiedy pojawiło się sześciu „braci z gór” (tak mnisi nazywali islamskich terrorystów), brat Christopher wraz z innym zakonnikiem ukryli się przerażeni w piwnicy, w pustej kadzi na wino. Spędzili w niej kilka godzin przekonani, że są jedynymi, którzy przeżyli, po czym odnaleźli współtowarzyszy żywych, zajętych śpiewaniem kolęd. – Wydarzenie to wywarło ogromny wpływ na dalszą drogę duchową Christophera – opowiada jego współbrat o. Michał Zioło. – Było jak zstąpienie w śmierć i następnie odrodzenie.

 

W swym prywatnym dzienniczku, o którym nie wiedział nikt ze współbraci brat Christopher notował: „22.08.1993: Morderstwa w Algierze. Po tylu innych. Mój zeszyt nie może przemilczeć tej przemocy. Ona przeszywa mnie na wskroś”.

 

Stopień drugi

Z reguły św. Benedykta: „Drugi stopień pokory: jeśli nie kochamy już własnej woli i nie znajdujemy przyjemności w wypełnianiu swoich pragnień”.

 

Christopher w czasie wigilijnego napadu na klasztor siedział ukryty w betonowym zbiorniku na wino. Wyszedł z kryjówki, gdy usłyszał dzwony klasztorne zwołujące wspólnotę na Pasterkę, przekonany, że wszyscy nie żyją. Domyślać się tylko możemy, co działo się w sercu tego zakonnika, skoro swoją ucieczkę do cysterny nazwał „wstępowaniem do piekła” – opowiada o. Michał Zioło. – Wspólnota z Tibhirine miała w zwyczaju modlić się za siebie i „braci z gór”, słowami: „Panie, rozbrój ich, Panie, rozbrój nas”.

 

Dziennik o. Christophera: „31.12.1993: Brat Luc podczas modlitwy wiernych: Panie, obdarz nas łaską umierania bez nienawiści w sercu.

23.03.1994: Tak prędko jesteśmy wciągani w tę złudną alternatywę wzajemnych aktów przemocy. Mego życia nikt nie zabiera, lecz ja sam z siebie je oddaję. Niechaj moje życie tutaj nie należy już do mnie. Nie jestem tu po to, by bronić chrześcijańskich pojęć, ideologicznej prawdy i jej wyłączności. Pozostaje nam wolność zakładników: nie wolność ucieczki, ale wolność pójścia dalej, aż do przełamania zamknięcia w przemocy

   Stopień czwarty

Z reguły św. Benedykta: „Czwarty stopień pokory: jeśli w sprawach trudnych i w przeciwnościach, a nawet doznając jakiejś krzywdy, zachowujemy w posłuszeństwie milczącą i świadomą cierpliwość, a znosząc wszystko nie słabniemy i nie odchodzimy, gdyż Pismo mówi: Kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony”.

 

Bracia nigdy nie oskarżali Christophera. Nie oceniali go. Nie pisnęli ani słówkiem o tym, że zwiał, a jednak on sam, śpiewając psalmy, nie potrafił początkowo spojrzeć im w oczy. Zmagał się. Był rozdarty. Nocą wył w celi: „Uratuj mnie. Odpowiedz!”. Po napadzie mnisi żyli w osaczeniu. „Bracia z gór” mogli wrócić w każdej chwili. – Niełatwo przyszło Christopherowi uporać się z pewnym poczuciem winy i obawą, że mimo wszystko zachował się jak tchórz – opowiada o. Michał Zioło. – Z drugiej strony było to dobrą lekcją pokory, która wzmogła w nim jeszcze bardziej miłość do Chrystusa oraz pozostałych braci, dając przy tym jeszcze większą wolność w obliczu śmierci, która mogła nadejść lada chwila.

 

Każdego dnia w Algierii lała się krew. Brutalnie zamordowano chorwackich robotników, katolickie mniszki. Mieszkańcy Tibhirine zamknęli się w skorupie lęku. Bali się bojówek swych radykalnych rodaków. A zamknięci za bramą klasztoru trapiści głosowali: Zostać? Wyjechać do bezpiecznej, pachnącej lawendą Francji? Zostali.

 

Brat Christopher notował: „24.03.1994: Rano brat Luc rzucił: »Śmierć? Mam to gdzieś, nie boję się ani terrorystów, ani policji«. A ja... patrzę na Ciebie, Jezu. Twoje przejęcie w obliczu śmierci – śmierci Łazarza i tej, która przyjdzie po Ciebie. Tym, co się liczy naprawdę, jest złączenie z Tobą: jeśli ktoś zachowa moją naukę, nie zazna śmierci na wieki. Dzięki Tobie przekraczam pojęcie, obraz śmierci. Pozwalasz mi nie uważać się za bohatera, męczennika...

27.03.1994: …I jeszcze ten mężczyzna w Bologhine, który zabrał ranionego przez terrorystę policjanta leżącego pośrodku ulicy. Zabrał go do swego samochodu i zawiózł do szpitala – w ten sposób ratując mu życie. Tydzień później został zabity”.

 

Stopień siódmy

Z reguły św. Benedykta: „ Siódmy stopień pokory: jeżeli mnich nie tylko ustami wyznaje, że jest najpodlejszy i najsłabszy ze wszystkich, lecz jest o tym również najgłębiej przekonany, upokarza się i mówi z Prorokiem: Ja zaś jestem robak, a nie człowiek”.

 

 

W nocy z 26 na 27 marca 1996 roku w najczarniejszych latach terroru w Algierii terroryści ponownie załomotali do bram klasztoru. Wywlekli z niego siedmiu mnichów.

 

Z dziennika o. Christophera: „10.07.1994: Tego ranka spotkanie z Christianem. Wspomina o śmierci. I trochę o niej rozmawiamy. »Właśnie to – mówi – uległo we mnie zmianie: stosunek do śmierci. Stała się częścią mojego życia«. Czy to jakaś chorobliwa myśl? Jest we mnie, lecz nie budzi niepokoju, że któryś z nas, Christian albo ja, niebawem umrze.

Stopień dwunasty

Z reguły św. Benedykta: „Dwunasty stopień pokory: jeżeli mnich nie tylko w sercu, ale także w samej postawie okazuje zawsze pokorę oczom ludzi, a mianowicie zawsze niech ma spuszczoną głowę i oczy skierowane ku ziemi”.

 

Ciała mnichów znaleziono po dwóch miesiącach. Pięćdziesiąt sześć dni uwięzienia i sama chwila ich śmierci okryte są tajemnicą. Porwani trapiści; przeor Christian de Cherge, o. Christopher Lebreton, o. Bruno Lemarchand, o. Celestine Ringeard, br. Luc Dochier, br. Michel Fleur i br. Paul Favre Miville zostali ścięci.

 

Dziennik o. Christophera: „04.09.1995 W nocy, przed rozpoczęciem oficjum, Christian obwieszcza nam, że dwie z naszych sióstr, Vivianne i Angela, zostały zamordowane w Belcourt. Czytam i wciąż powracam do Apokalipsy. Błogosławieni czytający. Tak, to o Ciebie chodzi, zwycięski, zamordowany Baranku. O Ciebie, który nadchodzisz tak prędko.

 

Ostatnie słowa

Z reguły św. Benedykta: „Przeszedłszy wszystkie owe stopnie pokory, mnich dojdzie wkrótce do tej miłości Boga, która, jako doskonała, usuwa precz lęk”.

 

W algierskim klasztorze ocalało dwóch mnichów. Z rąk jednego z nich – Jeana-Pierre'a Schumachera przyjął habit trapisty polski dominikanin o. Michał Zioło. Brat Christopher, który w czasie „pierwszej próby” ukrył się w kadzi na wino, tym razem wyszedł na spotkanie śmierci. Zginął wraz z braćmi. Przed śmiercią notował: „10.03.1996: Jezus zmęczony drogą siadł sobie (ot tak, zwyczajnie) przy źródle”.

 

– Końcowe linijki dziennika zostały napisane 19 marca 1996 roku, w dzień św. Józefa, a także w rocznicę swego poświęcenia Maryi, którą tak głęboko ukochał - wspomina o. Michał Zioło. - Ostatnie słowa, skreślone ręką Christophera, brzmiały: „Pójdę z sercem doskonale gotowym”. Poszedł.

 

Film o zamordowanych trapistach stał się hitem we Francji. Obraz Xaviera Beauvois „O bogach i ludziach” zajmował w kraju pierwsze miejsce na listach przebojów kinowych. W ciągu 15 pierwszych dni nagrodzony grand prix na ostatnim festiwalu w Cannes film obejrzało ponad milion widzów. Film „Ludzie Boga” wchodzi na ekrany kin 28 stycznia.

 

Poruszający dziennik brata Christophea Lebretona ukazał się po polsku nakładem wydawnictwa „W drodze”.

 

Do zamordowania zakonników emir Zittuni musiał sprowadzać nowych ludzi, bo bojówkarze z jego komanda odmówili wykonania rozkazu.

 

Głowy mnichów znaleziono w worku na drzewie.

                                                                                                 ukradzione z Gością Niedzielnego


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


niedziela, 20 sierpnia 2017

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O moim bloogu

blog powstał jako poboczny do moich notatek by umieszczać tu teksty których ja nie tworzyłem, a które są dla mnie ważne, moje tropy...

kim jestem?