Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 263 656 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Pachoniusz i radość - Język prawdy jest zawsze prosty.

środa, 04 lutego 2009 7:22
 

Język prawdy jest zawsze prosty.

 

W roku 312 podczas wojny Licyniusza z Maksyminem wcielono siłą do wojska grupę chłopców z wioski Snu w Górnym Egipcie. Był wśród nich dwudziestoletni syn zamożnego i ambitnego chłopa: piśmienny i noszący dumne imię Wielki Orzeł, po koptyjsku Pakhom, Pachomiusz. Przymusowych rekrutów przewieziono do Teb i tam ćwiczono pod dobrą strażą, żeby nie uciekli. Wioska Snu była pogańska, Pachomiusz więc nigdy dotąd nie widział chrześcijan i bardzo się zdziwił, ze jacyś ubodzy ludzie z okolicy, całkiem obcy, przychodzą wieczorami, by zmęczonym i głodnym chłopakom umyć obolałe nogi i dodać choć parę kęsów do ich marnych racji żywnościowych. Nie zrażali się odpędzaniem, przychodzili znowu, spokojni i pełni jakiejś wewnętrznej radości. Zwłaszcza ta radość była tak pociągająca, że Pachomiusz postanowił zostać chrześcijaninem: równie radosnym i uczynnym jak tamci.

 

 

 

Już w następnym roku Licyniusz pobił Maksymina i rekrutów zwolniono. Oddział Pachomiusza znajdował się wtedy w Środkowym Egipcie. Widocznie chrześcijan było tam już wtedy więcej, bo Pachomiusz, płynąc z biegiem rzeki, trafił rychło na zamieszkaną przez nich wioskę. Przyjął chrzest i wkrótce potem został uczniem lokalnego ascety imieniem Palamon.

 

 

Palamon uprawiał ascezę równie surową jak ci, którzy odchodzili na pustynię. Tej ascezy - postów, czuwania, ciężkiej pracy, chętnego znoszenia tak zimna, jak i upału - nauczył Pachomiusza, dla którego była ona (pomimo nieuchronnych problemów) jednym więcej wyrazem radości. Niemniej już od samego początku w młodym uczniu rosło przekonanie, ze ma obowiązek dzielić się tą radością z innymi

 

Nie od razu zrozumiał to dobrze. Ciekawa jest jego kłótnia z aniołem, który mu powiedział: Służ ludziom - a Pachomiusza to oburzyło, gdyż "służba ludziom kojarzyła mu się ze służbą wojskową. On przecież Bogu chciał służyć, nie zaś cesarzowi! Ale wbrew jego protestom anioł powtórzył trzykrotnie, że tego właśnie chce Bóg, by Pachomiusz służył ludziom, którzy dzięki temu będą Go mogli poznać. Nie wiadomo, czy to natchnienie miało miejsce w koszarach, jeszcze przed chrztem Pachomiusza, czy może dopiero po śmierci Palamona, w roku 323: przekazów źródłowych jest wiele, a chronologia z nich wynikająca - niejasna. W każdym razie takie impulsy mnożyły się i układały w coraz bardziej spójną i czytelną całość, tak ze po śmierci swego mistrza Pachomiusz wiedział już w ogólnym zarysie, co powinien dalej robić.

 

 

  

Normalną rzeczą byłoby mieszkać nadal na uboczu za wioską lub może nawet gdzieś w głębi pustyni, jak to już zaczynało robić wielu; i gdyby zgłosił się jakiś uczeń lub uczniowie, udzielać rad i poddawać formacji. Ale Pachomiusz wiedział już, że otrzymał inne zadanie: on me mógł z dzieleniem się swoją radością czekać na kogoś, kto by się zjawił (albo nie).

 

Powędrował z powrotem do Górnego Egiptu odnalazł rodzinę i wraz z bratem, którego zwano Jan, osiadł w opustoszałej wiosce Tabennisi. Później (około roku 340) przyjdzie tam także ich siostra Maria, by dać początek wspólnocie żeńskiej. Imiona tych dwojga pozwalają się domyślać, że w ciągu jedenastoletniej nieobecności Pachomiusza chrześcijaństwo zdążyło dojść do jego rodzinnych stron; były to lata względnego pokoju religijnego pod rządami tolerancyjnego poganina Licymusza, a Koptowie przyjmowali chrześcijaństwo chętnie w każdych warunkach, czy to w czasie pokoju, czy wśród prześladowań.

 

Pachomiusz miał więc ułatwione zadanie: wystarczyło rozgłosić, ze zbiera uczniów, młodych chrześcijan pragnących służyć Bogu - a zaczęło się ich gromadzić tak wielu, że wkrótce pojawiły się problemy organizacyjne. Trzeba podkreślić: Pachomiuszowi nie zależało na liczbie dla liczby. Potrafił odprawić cały swój pierwszy "nowicjat" - trzydziestu uczniów - gdy stwierdził, że nie chcą prowadzić wspólnego życia według jego idei, a skłaniają się raczej ku pustynnemu indywidualizmowi. Później usunie z wizytowanej wspólnoty około stu mnichów, doszedłszy do przekonania, ze celibat jest dla nich zbyt trudny i że przyjęto ich przez pomyłkę. Same te liczby świadczą, ze było spośród kogo usuwać: gdzie napływają tysiące, tam nieuchronnie odchodzą setki.

 

Powtórzmy: nie dzięki powolnemu rozwojowi zdarzeń, ale od pierwszej chwili świadomie, zgodnie z rozpoznanym i przyjętym powołaniem, Pachomiusz starał się prowadzić do Boga możliwie wielu ludzi, czyniąc ich uczestnikami swojej radosnej służby. Od samego więc początku i z samego założenia musiał przyjąć życie wspólne, nie samotne, i wszystkie konsekwencje życia wspólnego: duże złagodzenie ascezy fizycznej, gdyż me można wymagać od mas tego samego, czego wymaga się od najsilniejszych jednostek, ale za to bardzo wysokie wymagania co do braterskiej miłości we wspólnocie, gdzie wszyscy stale przebywają razem. Nadto, cokolwiek by sobie o tym myśleli niepiśmienni w większości pustelnicy, Pachomiusz narzucił swoim uczniom obowiązkową alfabetyzację: Należy ich uczyć czytać, choćby nie chcieli. A nie, to idź gdzie indziej. Tu nie wystarczy znać psalmy na pamięć, chociaż i to potrzebne.

 

Chociaż Pachomiusz nie dożył późnej starości (zmarł w roku 346), wydarzenia z dalszych lat jego życia wypełniłyby całą książkę, a nie tylko krótki szkic; trzeba by mówić o jego uczniach, o jego wędrówkach, o jego pracach na rzecz wieśniaków z okolicy... Wspomnijmy tylko, ze napływ uczniów był tak duży, iż wkrótce trzeba było wprowadzić wielostopniową organizację. Podstawą tej organizacji był dom, liczący od dwudziestu do czterdziestu mnichów; kilka domów tworzyło ród, a od czterech do dziesięciu rodów tworzyło wioskę. Wiosek zaś było coraz więcej, tym bardziej że analogiczne grupy mnisze, powstające w tym samym czasie w okolicy, prosiły często, by Pachomiusz rozciągnął nad nimi swe zwierzchnictwo.

 

Każdy dom był jak twierdza otoczony wysokim murem w celu ochrony przed najazdami Bedumów, miał wewnątrz wszelkie pomieszczenia potrzebne do modlitwy, życia i pracy, w tym oczywiście bibliotekę i scriptonum, najróżniejsze warsztaty rzemieślnicze, magazyny... Każda wioska podlegała własnemu opatowi i częściowo wspólnej organizacji pracy, a sam założyciel był jak opat generalny: wizytował je wszystkie i dwa razy do roku zwoływał kapitułę generalną. (Taką organizację monastycyzm zachodni wynajdzie dopiero w średniowieczu). Pod koniec życia Pachomiusza wiosek było jedenaście, w tym dwie żeńskie; w niektórych były osobne dom y dla braci mówiących po grecku, po syryjsku, po etiopsku itd., ale przeważali oczywiście Kop-towie. Liczebność wioski sięgała od kilkuset do tysiąca kilkuset osób...

 

  

Bardzo wcześnie zrodziła się potrzeba skodyfikowania praw dla tego tłumu i tak powstała pierwsza w chrześcijaństwie reguła zakonna. Zdaje się, że Pachomiusz nie zasiadł do jej napisania dopiero pod koniec życia, jak to zrobi później Benedykt. Raczej w miarę potrzeby notował wydawane zarządzenia, przy czym o sprawach oczywistych nie wspominał wcale, tak ze tylko z aluzji można się zorientować na przykład w kwestii ustroju wspólnoty. Znajdujemy więc blisko dwieście drobiazgowych przepisów, które zaczynają się wprawdzie od zasad dotyczących wprowadzenia kandydata do wspólnoty (może więc Pachomiusz zaplanował jakiś logiczny układ), ale natychmiast, na zasadzie luźnych skojarzeń albo i bez nich, przeskakują na inne tematy: jak szatę skromnie obciągnąć przy siadaniu i jak się pilnować, żeby nie deptać po leżącym pod ścianą sitowiu (surowiec do prac powroźniczych); bracia piekarze milczeli przy wyrabianiu ciasta i jakie wyjątki od ogólnego porządku dotyczą braci flisaków; że przełożony ma wygłosić w każdym tygodniu trzy konferencje, bracia zaś nie powinni się rozchodzić, póki nie omówią między sobą usłyszanej nauki; jak rozdzielać funkcje tygodniowe i jak radość nad wspólnymi sprawami; gdzie przechowywać narzędzia żelazne i jak razem wychodzić do prania (mianowicie tylko w niedzielę - zapewne dlatego, że parę godzin spędzonych nad rzeką, w wodzie po kolana, było raczej odpoczynkiem niż pracą...). Do dziś nie jest całkiem pewne, które z tych przepisów zamieścił w regule już sam Pachomiusz, a które w miarę potrzeby dodali jego następcy po jego zgonie a przed rokiem 404, kiedy to św. Hieronim niejako spetryfikował tekst reguły, sporządzając jej łaciński przekład.

 

Mimo chaotycznego układu wszystkie przepisy służą zgodnie ułożeniu życia wspólnego w wielkim, spokojnym ładzie i uformowaniu mnicha jako człowieka, który dla siebie chce jak najmniej, dla braci jak najwięcej, a Bogu wdzięczny jest za to, że mu dał do takiego życia okazję.

 

Nie zabrakło oczywiście problemów Kiedyś musiał się nawet gęsto tłumaczyć ze swej działalności i ze swoich natchnień przed synodem miejscowych biskupów; zdarzały się i nieuniknione we wspólnocie rozdarcia. Niemniej entuzjazm panował wielki, a Pachomiusz. przez swoich uczniów był postrzegany przede wszystkim jako niosący pociechę i zachętę. Ciekawe, że chociaż jego katechezy powtarzali słuchacze o pamięci ćwiczonej w wędrówkach po całym Egipcie, nic z jego nauk nie trafiło do Księgi Starców, trafiły tam natomiast radosne słowa jego uczniów: - Kiedy słuchaliśmy słów naszego ojca, abba Pachomiusza, budowaliśmy się ogromnie i zachęcały nas one do gorliwości w pełnieniu dobrych uczynków. A widząc, że on, nawet kiedy milczał, przemawiał czynem, zdumiewaliśmy się i mówiliśmy jeden do drugiego: "Myśmy myśleli, że wszystkich świętych Bóg tak już stwarza świętymi i niewzruszonymi od łona matki i że to nie zależy od nich; a o grzesznikach, że nie mogą żyć pobożnie; bo tak już zostali stworzeni. A teraz widzimy jawne miłosierdzie Boże nad tym oto naszym ojcem: bo chociaż był z rodziców pogan, doszedł jednak do takiej pobożności i okrył się wszystkimi przykazaniami Bożymi. Toteż i my, i to wszyscy, możemy iść jego śladem, jak i on poszedł śladem świętych. Przecież napisano: "Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy pracujecie i jesteście obciążeni, a ja was pokrzepię". A więc razem z tym człowiekiem umierajmy i żyjmy, bo on nas prowadzi prostą drogą do Boga".


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Pambo - poważna łagodność

środa, 04 lutego 2009 7:16
 

Pambo był jednym z tych poważnych ludzi, którzy na wesołość nie mają czasu (podobno nie śmiał się nigdy) i którzy stają do dzieła z żelazną konsekwencją i niesłabnącym zapałem. Jego program był prosty: post, milczenie, praca.

 

 

Około roku 315 asceta imieniem Ammun powędrował z karawaną, która szła po sodę do słonych bagien, położonych na południe od Aleksandrii, wśród wzgórz pustyni zachodnie). Soda osadzała się tam na brzegach stawów i kałuż, i z jej powodu to miejsce nazywano Nitrią. Okolica była niegościnna, ziemia nie do uprawy, woda jednak, choć niesmaczna, nadawała się do picia.

 

Ammun osiadł tam, szukał bowiem odosobnienia pełniejszego, niż mógł mieć w gęsto zaludnionym kraju, gdzie jedynym lekarstwem na nadmiar rozproszeń była rekluzja znalazł je, ale szybko też stracił, gdyż jego śladem nadciągnęło tu wkrótce ponad trzy tysiące ascetów, równie jak on żądnych samotności... Jednym z pierwszych był Pambo. Oświadczył on mistrzowi, że szuka tutaj możliwości opanowania języka, co, jak widocznie mniemał, powinno przyjść mu łatwiej tam, gdzie nie ma z kim gadać. Nie całkiem znalazł to, czego szukał, ale chyba można powiedzieć, ze znalazł o wiele więcej.

 

Pambo był jednym z tych poważnych ludzi, którzy na wesołość nie mają czasu (podobno nie śmiał się nigdy) i którzy stają do dzieła z żelazną konsekwencją i niesłabnącym zapałem. Jego program był prosty: post, milczenie, praca. Tak go niewątpliwie Ammun nauczył, toteż Pambo przez całe życie jadał dopiero wieczorem i pracował przez cały dzień. Ubóstwa co do ubrania przestrzegał tak ściśle, ze późniejsze pokolenia uważały go za wzór; przypisywano mu nawet podanie, że mnich powinien nosić taką odzież, żeby - jeśli wyrzuci ją za drzwi - żaden żebrak przez trzy dni jej nie wziął. Jednym słowem, Pambo szedł na całego. Ale co z tym opanowaniem języka?

 

Mamy co do tego dwa świadectwa, oba pochodzące z jego własnych ust, ale na pierwszy rzut oka trudne do pogodzenia. Pierwsze, z dwudziestego roku jego życia pustelniczego, jest wyznaniem, że mimo tak długiej pracy jeszcze tego opanowania nie osiągnął. Drugie dał na łożu śmierci, mówiąc, że nie żałuje ani jednego słowa, wypowiedzianego od czasu, kiedy zbudował sobie cele w Nitru. Sprzeczność między tymi dwoma wyznaniami jest tylko pozorna: Pambo przez całe życie nie osiągnął tego, zęby jego milczenie było spontaniczne i przychodziło mu odruchowo, bez trudu. Był jednak tak wierny codziennej łasce Bożej, że trud ten podejmował dzień w dzień od nowa. Ostatecznie więc jego skupienie było triumfem łaski.

 

Antoni, do którego Pambo wędrował czasami, jak wielu innych pustelników, po "słowo", pomagał mu w tej walce, a przede wszystkim w zachowaniu ufności do Boga, udzielając mu nauk w rodzaju:

 

Nie ufaj własnej sprawiedliwości nie troszcz się o to, co minęło, powściągaj język i żołądek. Widział też w nim szczególnie rozwiniętą cnotę bojaźni Bożej, której przypisywał wielkie dary Ducha Świętego, widoczne u Pambo. Późniejsze pokolenia mnichów twierdziły nawet, że Bóg wsławił ojca Pambo, zresztą wbrew jego własnym prośbom, sprawiając, że jego twarz, podobnie jak niegdyś twarz proroka Mojżesza, jaśniała widzialnym światłem; i że to go czyniło, w jego nędznym odzieniu, podobnym do króla w majestacie. Liczni młodsi od niego, a w swoim pokoleniu wsławieni, starcy będą go wspominać jako model pustelniczej świętości. Świadectwo tak współczesnych, jak i potomnych jest więc zgodne, ale jeśli próbujemy z dzisiejszej perspektywy określić, czym dokładnie Pambo na taką opinię zasłużył, stajemy przed garścią apoftegmatów, które równie dobrze można by przypisać wielu innym pustynnym nauczycielom.    

 

Pambo niewątpliwie mieści się w tradycji eremityzmu pogłębionego, autentycznego: nie zadowalając się, jak niektórzy pomniejsi adepci tego nurtu, samą tylko ascezą, głosi pierwszeństwo miłości bliźniego, a posłuszeństwo uznaje za cnotę większą niż posty. Jest więc jak najbardziej prawowiernym nauczycielem, ale przecież nie on jeden. Nadto, kiedy w połowie IV wieku Amtnun, za radą Antoniego zresztą, odszedł z przeludnionej Nitru, by jeszcze dalej na południu założyć na piaszczystym płaskowyżu nową osadę, zwaną Chatkami (Kellia, Cele) - Pambo nie skorzystał z takiej okazji do szukania jeszcze większej samotności. Widocznie wiedział już, że sama ucieczka od ludzi nie uczyni go miłośnikiem milczenia; że czym innym jest odsunąć okazję, a całkiem czym innym zwalczyć skłonność. Czegoś się już, jak widać, nauczył. Niemniej w świecie pustelniczym, w którym często dokonywano chanicznego utożsamienia trudu i cnoty, mierząc świętość w milach oddalenia od ludzi, jego decyzja pozostania w Nitru mogła się wydawać niedoskonałością. Nie zachwiało to jednak absolutnie jego autorytetu, już wówczas utrwalonego niepodważalnie.

Był mniej więcej od roku 340 kapłanem; mamy świadectwo, ze sam wielki Makary, mniej więcej jego rownolatek, wędrował aż ze Sketis, żeby uczestniczyć w jego Eucharystii, choć do Cel miał bliżej. W roku 355 był Pambo jednym z tych pustelników, wybranych spośród najsławniejszych, których Atanazy zaprosił do Aleksandra, by autorytetem swojej świętości poparli go w sporach z arianami. (Znalazł się tam wówczas i Antoni, na rok przed swoją śmiercią)

  

 

Podczas chwilowego triumfu partii ariańskiej Pambo musiał nawet iść na dwuletnie wygnanie do Palestyny. Wrócił jednak i dożył nie tylko kresu kontrowersji ariańskiej, ale i powstania nowych błędów i sporów, które rozdzierały także pustynie. Tym razem jednak nie dał się w nie wciągnąć; pytany o te kwestie,uciekał w milczenie

 

Wiedział przynajmniej tyle, że nie jest kompetentny do rozstrzygania, na czym polega "obraz i podobieństwo" człowieka do Boga albo czy jakieś teorie dawno zmarłego Orygenesa, dla większości pustelników w ogóle niezrozumiałe, są prawowierne, czy też nie. Znając natomiast konkretnych ludzi, potępionych przez aleksandryjskiego patriarchę Teofila za błędy w tych dziedzinach - gdyż przynajmniej kilku z nich było jego dawnymi uczniami - widział w nich cnotę i dobrą wolę, toteż do potępienia przyłączyć się nie chciał. Usunął się wtedy czasowo aż do Sketis, a kiedy Teofil dotarł i tam, kaptując sobie zwolenników, Pambo nie zgodził się na rozmowę z nim nawet o sprawach duchowych. - Ależ abba - powiedzieli mnisi - powiedz coś arcybiskupowi dla jego zbudowania! - Niech się lepiej zbuduje moim milczeniem. Trudno się oprzeć wrażemu, że był to rodzaj zbudowania, którego Teofilowi nikt chyba nie zafundował w młodości, kiedy można go było jeszcze czegoś nauczyć. Pambo dał mu je stanowczo za późno.

 

Ten człowiek, tak poważny, ze śmiech uważał za winę roześmiał się w życiu tylko raz: na myśl o słabości szatana), miał w sobie jednak niespodziewaną głębię delikatności i dobroci. Jemu to właśnie zawdzięczamy sentencję: Jeżeli masz serce, możesz być zbawiony. I nie ma sensu spierać się o to, czy dla mego słowo "serce" znaczyło mniej więcej to samo, co dla nas; są apoftegmaty pozwalające przypuszczać, ze Pambo rozumiał je podobnie jak my dzisiaj. Miał litość przede wszystkim dla zbłąkanych i słabych. Podczas wspomnianego tu już pobytu w Aleksandrii zobaczył raz przechodzącą kurtyzanę i rozpłakał się na jej widok. Pytany o przyczynę, odpowiedział: - Dwie rzeczy mnie poruszyły. Pierwsza to jej potępienie; a druga, ze ja nie tak gorliwie usiłuję spodobać się Bogu, jak ona usiłuje spodobać się grzesznym ludziom.

 

Mamy tu postawę człowieka, który nie tylko pragnie usilnie zbawienia każdej zbłąkanej duszy, ale potrafi wyciągnąć dobry przykład dla siebie nawet z życia powszechnie pogardzanych grzeszników. Ta postawa jest dokładnie na antypodach faryzeizmu. Nawiasem mówiąc, reakcja Pambo na widok kurtyzany była chyba pierwszą taką reakcją człowieka pustyni, ale nie ostatnią:

 

Pambo ustalił pewien model dał przykład, który miał się w etosie pustyni utrwalić, i niejedną duszę grzesznicy podnieść z upadku, a przy okazji niejedną duszę mniszą ocalić od świętoszkowatości i pychy. Żeby docenić ten przykład i model, trzeba znać literaturę pustym w szerszym wymiarze, niż na to pozwala dostępna u nas Księga Starców. Istnieje na przykład zbiór apottegmatów, zwany anonimowym (bez imion ojców), w którym liczne anegdoty świadczą o utrwalonym w tym męskim światku przekonaniu, iż każda, absolutnie każda kobieta z natury swojej dąży do uwodzenia mężczyzn, zwłaszcza mnichów, i stąd płynie konieczność omijania jej nawet wzrokiem... A tu abba Pambo (poważny człowiek, nie żaden lekkoduch) patrzy, patrzy bez niesmaku i zgrozy, a nawet płacze z litości. To mogło wstrząsnąć niejednym.

 

Inna kobieta stanęła na drodze Pamby w ostatnich dniach jego życia; nie kurtyzana tym razem, ale świątobliwa i hojna pątniczka, rzymska arystokratka: Melania, zwana Starszą. Przyszła ona z Aleksandrii do Nitru z wielką jałmużną i przekazała ją na ręce Pambo; on przyjął ofiarę obojętnie, nie patrząc nawet na srebro, i kazał młodszemu kapłanowi nitryjskiemu imieniem Orygenes rozdać je ubogim wspólnotom na pustyni i w delcie. Melania nie zdawała sobie sprawy, iż Pambo i tak już ze względu na nią, dobrodziejkę i opiekunkę mnichów, odstąpił od swego zwyczaju nie przyjmowania od nikogo jałmużny - ani dla siebie, bo jej nie potrzebował, ani do rozdania innym, żeby się nie pysznić z cudzego. Nie mogąc doczekać się wyraźnego podziękowania (gdyż starzec swoim zwyczajem milczał), dopomniała się więc o jakiś gest sama: - Abbam wiedz, ile tu jest: trzysta srebrników! - Bóg, któremu to dajesz, bo przecież nie mnie, nie potrzebuje, żebyś go pouczała, ile dałaś...

 Wyszła upokorzona, ale starzec nie chciał, by to upokorzenie zabrała ze sobą jako jedyną lekcję. Niedługo później wezwał ją do siebie. Zastała go plotącego, jak zwykle, koszyk; nie wiedziała - nikt nie wiedział - ze są to jego ostatnie chwile. Podarował jej ten koszyk na pamiątkę i w godzinę później już nie żył. Podarował jej więc, może bezwiednie, także i zaszczyt przygotowania swego ciała do pogrzebu, co się przedtem ani potem żadnej kobiecie nie zdarzyło wobec któregokolwiek z pustynnych świętych.

 Melania zachowała wspomnienie o dobroci Pambo, upokorzenie zaś uznała za słuszne, bo w końcu któż się chełpi wielkością własnego daru?

 

I chyba właśnie ta łagodność, delikatna serdeczność została po ojcu Pambo jako główna pamiątka i dziedzictwo. Swoje zasługi on sam miał za nic. Tuż przed śmiercią powiedział do obecnych, że odkąd przyszedł zamieszkać w Nitru, nie jadł chleba, na który by sam nie zarobił, ani nie wypowiedział słowa, za które by żałował: I tak - skończył - odchodzę do Boga jak ktoś kto jeszcze nawet nie zaczął mu służyć.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Antoni - zetknięcie ze złem

środa, 04 lutego 2009 7:09
 

Mało jest w naszej kulturze ostrzejszych kontrastów niż ten, na który natrafiamy, porównując ikonografię św. Antoniego pustelnika z tekstami, które po nim pozostały.

 

 

Z jednej strony mamy ogromne plansze pełne fantastycznych potworów, atakujących bezbronnego starca swoim okrucieństwem i ohydą; z drugiej spokój, który można by wręcz nazwać olimpijskim, gdyby nie to, że jest on przede wszystkim chrześcijański. Mogłoby się zdawać, że to są dwie zupełnie różne postacie, różne doświadczenia i drogi życiowe. A to jest ten sam święty. Częściowo kontrast ten tłumaczy niewątpliwie fakt, ze nauki Antoniego przekazują nam to, co dla niego samego było w życiu i doświadczeniu najistotniejsze, malarze zaś wyławiali raczej z jego żywota i z legend o nim szczegóły fantastyczne i sensacyjne, dobre na temat obrazu. Niemniej jednak ten żywot (i nawet te legendy) przekazuje nam na swój sposób prawdę: Antoni rzeczywiście zetknął się z szatanem doświadczył na sobie jego działania w sposób szczególnie wyraźny i bolesny - i wyszedł z tego doświadczenia umocniony i uświęcony.

 

Szatan bardzo rzadko działa jawnie. Jest na to o wiele za mądry. W każdym jednak człowieku na mocy grzechu pierworodnego posiada swój przyczółek, w miarę upływu lat rosnący lub malejący, i stamtąd atakuje. Mówiąc technicznie, działa przez pokusę, przez zachętę do złego czynu; stara się oczywiście zamienić taki czyn w nałóg i w miarę możności rozlewać zło z danego człowieka także i na jego otoczenie. Poza ludźmi, których już w bardzo wysokim stopniu opanował, robi to wszystko jednak, posługując się kamuflażem, przedstawiając zło jako dobro i mącąc w głowach i sumieniach. Jednym z możliwych sposobów zwalczania jego wpływu jest więc wyszukiwać jego szczególnie mocne przyczółki i tam z nim walczyć; inaczej mówiąc, szukać go w innych ludziach, szczególnie mu już poddanych. Te metodę stosuje zawodowo każdy policjant, i jest ona niewątpliwie w społeczeństwie potrzebna. Czasami może być nawet rozpaczliwie potrzebna, kiedy trzeba podjąć walkę zbrojną, na przykład z hitlerowskim okupantem. Niemniej mesie ze sobą duże ryzyko. Po pierwsze, człowiek podejmujący walkę zbrojną, przeciwstawiający się sile siłą, stosuje z konieczności metodę nieprzyjaciela, przynajmniej w jakimś stopniu, w ramach kodeksu rycerskiego - oby... Ale bywa, ze trudno utrzymać się w ramach tego kodeksu, a po skończonej wojnie bardzo trudno jest zrezygnować z dalszego stosowania siły. Po drugie, ryzykuje się utożsamienie stron aktualnej, ziemskiej wojny ze stronami wojny ponadczasowej, a zwłaszcza siebie samego z aniołem światłości; z czego oczywiście dla szatana płynie tylko zysk.

 

 

Pustelnicy, zgodnie z samą już swoją nazwą, stosowali drugą możliwą metodę: szukali wpływu szatana w samych sobie i tam przede wszystkim z nim walczyli. W kilka wieków po ś w. Antonim tak ich scharakteryzuje w swoje) regule św. Benedykt:... dobrze przygotowani w szeregach braci do samotnej walki na pustyni, dość już silni, by obyć się bez pomocy bliźniego, są w stanie z pomocą Bożą zmagać się w pojedynkę

 

ze złem czającym się w ciele i w myślach. Taka walka ma to do siebie, ze nie można jej podjąć z żadnych innych motywów, jak tylko z miłości do Boga; trud jest ogromny, korzyści zupełnie nieuchwytne (nawet duchowych "łupów" nikt z niej nie przynosi), słowem, kto by się jej podjął z jakiejś egoistycznej motywacji, perfekcjonizmu, fobii czy czegokolwiek podobnego, ten zrezygnuje z niej jeszcze szybciej, niż ją rozpoczął.

 

Antoniego nazywamy zwykle pierwszym pustelnikiem, gdyż najprawdopodobniej on to właśnie jako pierwszy, po krótkim okresie spędzonym zgodnie ze zwyczajem ówczesnych ascetów chrześcijańskich w tym częściowym tylko odosobnieniu, jakie mogła dać chatka na skraju terenu zamieszkanego, odszedł około roku 270 w głąb pustyni, w bezludne okolice górskie nad Morzem Czerwonym: odszedł ze świadomego wyboru, me zaś zmuszony szukać schronienia przed prześladowaniem, jak nieco wcześniej Paweł. Cała rzesza uczniów i naśladowców miała wkrótce pójść za nim, gdy tylko okazało się, że kto me boi się wielkich trudów zewnętrznych i wewnętrznych, zdoła przeżyć także i w takich warunkach, ofiarowując życie samemu Bogu.

Właśnie trud, walka były podstawowym elementem takiego życia. Mnich to trud - streści tę prawdę pewien abba. Spróbujmy znaleźć w tekstach jakiś konkretny zapis walki Antoniego, którą malarze przedstawiali tak dramatycznie. Pierwszy apoftegmat zapisany pod jego imieniem opowiada, ze święty w swojej samotni popadł raz w zniechęcenie i wielką ciemność wewnętrzną: klasyczny atak acedn. Został z niej wyzwolony przez obrazowe widzenie: zobaczył kogoś podobnego do siebie, kto spokojnie nadal przeplatał pracę modlitwą, i to go zachęciło do wytrwania. Zaraz dalej, w drugim apohegmacie, pojawia się następny problem: pustelnik usiłuje zgłębić zrządzenia Boże dotyczące poszczególnych ludzi, w tym także problem cierpienia sprawiedliwych. Czy stoimy tu u źródła jakiegoś nowego schematu, w który ludzie usiłują zamknąć Opatrzność? Nie: kolejna interwencja Boża każe pustelnikowi tego zgłębiania zaniechać. Antoni znalazł w sobie pokusę rozpaczy i pokusę przemądrzałego podejścia do sądów Bożych. W obu wypadkach zwycięża nie własnymi siłami, ale dzięki wyraźne) pomocy Bożej. Ta zdolność do "zmagania się ze złem w pojedynkę', o której pisał św. Benedykt, jest przede wszystkim zdolnością (ale i więcej: wyrobionym już silnym nawykiem) do wzywania Bożej pomocy

 

Antoni szukał przede wszystkim bliskości Boga. Jego powołanie zaczęło się w chwili, w której przeżył całą duszą słowa: Jeśli chcesz być doskonały, idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie (Mt 19, 21): skarbem tym było dla niego oczywiście oglądanie Pana. Wobec tego Antoni najdosłowniej rozdał wszystko, co miał, a Pan najdosłowniej spełnił obietnicę i okazał się bliski. I właśnie ten bliski kontakt ze Świętym rzuca wielce kłopotliwe światło na to wszystko, co jest nieświęte w nas samych. Najbardziej nawet chorobliwa fantazja malarska nie potrafi oddać całego obrzydzenia do zła znalezionego w sobie, jakie czuje człowiek Boży pod działaniem takiego światła. Diabeł oczywiście i to obrzydzenie stara się wykorzystać, próbując je uczynić podstawą rozpaczy. Kapitalne znaczenie ma więc zapis doświadczeń Antoniego znajdujący się w innym krótkim apoftegmacie: Powiedział abba Antoni: Zobaczyłem wszystkie sidła nieprzyjaciela, rozpostarte na ziemi; jęknąłem wiec i powiedziałem: A któż się im wymknie? I usłyszałem głos mówiący do mnie: Pokora.

 

 

 

Powiedział abba Antoni: Zobaczyłem wszystkie sidła nieprzyjaciela, rozpostarte na ziemi; jęknąłem wiec i powiedziałem: A któż się im wymknie? I usłyszałem głos mówiący do mnie: Pokora.

 

Jest to doświadczenie własnej słabości, które samo niesie uzdrowienie. Stwierdzić swoją niemoc, uznać ją - to otrzymać wszechmoc Bożą ku pomocy. Im głębiej, im pełniej widzimy swoją nicość, z tym większą siłą pomoc przychodzi. Paradoksalnie więc, to spotkanie zła w sobie (a więc szatana i naszej skłonności do ulegania mu) jest otwartą bramą dla triumfu Bożego.

 

Żadne potwory Boscha nie są tak odrażające jak to, co Antoni zobaczył we własnej duszy w świetle Bożej świętości i w zestawieniu z nią, a jednak właśnie dlatego że zobaczył to tak dobrze, zrozumiał, iż w rzeczywistości pokusa jest nie tyle okazją do upadku, ile okazją do zwycięstwa. Odnalazłszy na samym dnie swego upokorzenia triumf łaski Bożej, mógł zawołać w podziwie nad niesłychanym darem dobroci Boga: Zabierz pokusy, a nikt nie będzie zbawiony.

 

I więcej jeszcze: zetknąwszy się z taką siłą i z taką jawnością ze złem w sobie i poznawszy, ze ma ono ostatecznie tylko zwiększyć triumf Boży, Antoni mógł stać się źródłem światła i pociechy także dla innych. Przyczółek szatana pozostał w nim oczywiście nadal (takie oto jest wielkie dzieło człowieka... pokusy spodziewać się aż do ostatniego oddechu) - ale przyczółek łaski wzmocnił się do tego stopnia, ze już mogła ona rozlewać się na otoczenie. Antoni nie bagatelizował niczyich win ani trochę bardziej niż swoich: Wielka kolumna Kościoła dzisiaj upadla - zapłakał nad grzesznym mnichem, a swoim gościom udzielał nieraz nagany. Ale jednocześnie nie tragizował; uczył pokory, spokoju, ufności. Trzeba z braćmi postępować łagodnie... Nie ufaj własnej sprawiedliwości i nie troszcz się o to, co minęło... I wreszcie punkt dojścia: Ja już nie boję się Boga, ale Go kocham: bo miłość precz wypędza bojaźń.

 

Z głębi doświadczenia zła w sobie, z terenu walki, którą malarze przedstawiali tak ponuro, pochodzi pierwsza chronologicznie lekcja monastycznego pokoju.


Niech ludzie zbyt wiele się nie zastanawiają, co mają robić, więcej natomiast myślą o tym, jacy mają być. Gdyby oni sami, ich postawa, były dobre, wtedy również ich uczynki mogłyby jaśnieć pełnym blaskiem.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

apoftegmaty *1

niedziela, 01 lutego 2009 16:17

 

 

***

Ten sam abba Antoni, kiedy raz rozmyślał o głębokości sądów Bożych, zapytał: „Panie, dlaczego to jedni umierają we wczesnej młodości, a inni dożywają późnej starości? Dlaczego jedni są w nędzy, a inni się bogacą? Dlaczego bogacą się źli, a dobrzy są w nędzy?" I usłyszał głos mówiący: „Antoni, pilnuj siebie samego: bo tamto wszystko to sądy Boże, i zrozumienie ich nie wyszłoby ci na dobre".

***

 

Abba Antoni powiedział do abba Pojmena, że takie oto jest wielkie dzieło człowieka:
winę swoją na siebie zawsze brać przed Bogiem, a pokusy spodziewać się aż do ostatniego oddechu.

***

 

Ten sam powiedział: „Nikt nie może wejść do Królestwa Niebieskiego nie wypróbowany. Zabierz pokusy - rzecze - a nikt nie będzie zbawiony".

***

 

Abba Pambo pytał abba Antoniego: ,,Co mam robić?" Starzec mu odpowiedział: „Nie ufaj własnej sprawiedliwości, nie troszcz się o to, co minęło, a powściągnij swój język i brzuch".

 

Powiedział też, że są ludzie, którzy wyniszczyli ascezą swoje ciało, ale ponieważ zabrakło im roztropności, oddalili się od Boga.

***

 

„namiętności maja cztery stopnie, pierwszy w sercu, drugi spojrzeniem, trzeci językiem, czwarty uczynkiem nie oddawaj złem za zło. Jeżeli już serce zdołasz oczyścić, nie dojdzie do spojrzenia, jeżeli do spojrzenia doszło, pilnuj się żebyś nie przemówił, jeśli zaś nawet powiedziałeś, prędko zwalcz to w sobie, żebyś uczynkiem nie odpłacił złym za zło"

***

 

[Pytali bracia Abba Agotona] „Ojcze, która cnota lub dzieło jest najtrudniejsza ze wszystkich?" odrzekł: "Wybaczcie - wydaje mi się, że nie ma trudu tak wielkiego jak modlitwa. Bo zawsze, kiedy człowiek się modli, nieprzyjaciele starają mu się przeszkodzić: wiedza, bowiem, że mu inaczej nic nie zrobią, a tylko gdyby go powstrzymali od modlitwy. I w każdym innym ćwiczeniu, jakiego by się człowiek podjął, jeżeli jest wytrwały, zdobywa łatwość, w modlitwie zaś aż do ostatniego tchu potrzeba walki"

***

 

Abba Arseniusz: „Boże nie opuszczaj mnie: niczego dobrego w Twoich oczach nie zrobiłem, ale w tej łaskawości pozwól mi zacząć"

***

 

 Pewien niedawno nawrócony młodzieniec pyta starca: -Abba, to teraz całkiem będę musiał się wyrzec świata? - Nie bój się - odparł starzec. - Jeśli twoje życie będzie naprawdę chrześcijańskie, to świat natychmiast wyrzeknie się ciebie.

***

Pewien brat powiedział do starca: - Jeśli o mnie chodzi, to mówię, kiedy myślę. - Tak - odpowiedział czcigodny strzec - a nawet częściej..

***

Pewien człowiek, w sprawach tego świata uznawany za mędrca, odwiedził kiedyś abba Zenona. -Abba - zapytał go- możesz mi powiedzieć, kim jest filozof? - _Filozof to ktoś taki, kto jest jak ślepiec - odpowiedział starzec - szukający w ciemnym pokoju czarnego kota, którego tam wcale nie ma. - No a teolog? - -Teolog jest taki sam, tylko że czasem znajduje kota.

***

Pewien starzec, który nic nie posiadał, zdecydował się kiedyś odwiedzić jednego z braci. -Przyjacielu - zapytał go - może masz przypadkiem dzban wina i mógłbyć mi go podarować? - Też coś! - powiedział opryskliwie ów brat - wyglądam według ciebie na takiego, co pije wino? - O przepraszam cię, ale jestem pewien, że dzban octu masz..

***

Abba Fileomon zdał sobie sprawę z tego, że jest dopiero na początku drogi do doskonałości, gdy widząc chłopców bawiących się wesoło na wiejskim placu, zapytał: - W co się bawicie, moi synowie? - Bawimy się w to, kto powie największe kłamstwo. - Och, za moich czasów tak się nie bawiono! - Brawo, wygrałeś ty, ojcze! - wykrzyknęli chłopcy chórem.

***

Pewien biskup składał wizytę we wspólnocie mnichów niedaleko Celle i bracia, którzy żyli tam tylko o chlebie i wodzie, dwoili się i troili, aby przygotować obiad odpowiadający biskupiej godności. Na końcu posiłku trwożnie zapytali swego gościa: - Abba, jak znalazłeś mięso z koźlątka? Biskup odpowiedział: - Całkiem przypadkiem, pod liściem sałaty.

***

 Dwóch braci podróżując przez pustynię znalazło gościnę w pewnej szczodrej rodzinie. Nie chcąc wyglądać na nieuprzejmych, nie mogli odmówić wypicia szklaneczki wina. Gdy ruszyli ponownie w drogę, powiada jeden do drugiego: - Pozwól, bracie, że pójdę przodem, a ty powiedz mi, czy idę prosto. Po przebyciu jakichś pięćdziesięciu metrów zatrzymał się, odwrócił i wtedy drugi z braci powiedział: - Idziesz prosto. Ale powiedz mi, kim jest ten brat, który idzie z tobą?

***

Pewien starzec z pustyni Sketis był bardzo zezowaty. Pewnego dnia, idąc ścieżką, zderzył się z bratem, który nadchodził z przeciwka. Starzec mający zeza zauważył uprzejmie: - Powinieneś lepiej patrzeć, którędy idziesz bracie. W odpowiedzi usłyszał: Jednakże ty też, ojcze, lepiej byś chodził tam, dokąd patrzysz.

***

Abba Heraklusz godził się raz do roku publicznie nauczać w Antiochii, gdzie zawsze wielki tłum przybywał, aby go słuchać. W dniu powrotu z tej misji, jakiś brat go zapytał: - Nie miałeś pokusy próżnej chwały, mając wokół siebie tylu ludzi? Herakliusz odpowiedział: -Nie, myślę, że gdyby mnie krzyżowano, tłum byłby dziesięć razy większy.

***

Pewien starzec, widząc psa, pomyślał: "Pies ma tylu przyjaciół, bo porusza ogonem, a nie językiem.

***

Błogosławiony Daniel ze Sketis od młodości nie był pewien, czy ma poświęcić się nauce, czy Panu. Uciekł na pustynię, gdy usłyszał pewnego czcigodnego nauczyciela ze szkoły w Aleksandrii mówiącego: - Ciepło powoduje rozszerzanie ciał i dlatego latem dnie są dłuższe niż zimą.

***

Pewien starzec tak mawiał: "Jeśli dacie wieprzom i braciom to, czego chcą, to będziecie mieli dobre wieprze i złych braci".

***

Abba Mojżesz przemierzał pustynię, gdy natknął się na plemię nomadów obchodzących wielki pogrzeb. W centrum obozu, na wysokim stosie, spoczywało bogato ubrane ciało wodza. - Jakiego wyznania był wasz wódz? - zapytał starzec. - Niestety, był ateistą - odpowiedzieli. - To rzeczywiście bieda - powiedział abba Mojżesz - Nałożyć tak luksusowe stroje i nie mieć dokąd iść..

***

Mądrość starożytnych mnichów Egiptu miała swe źródło raczej w ich ciągłym "chodzeniu po ziemi" niż w kulturze i studiach. Jedynym wyjątkiem był Arseniusz. Jednak w swej starości także on wyznał któremuś ze starców swoje rozczarowanie: - Trudziłem się bardzo nad księgami, ale niewiele w nich znalazłem. Starzec zauważył: - Wielu chodzi łowić pstrągi, a przynoszą do domu tylko reumatyzm. {Tutaj muszę sprostować: nie tylko Arseniusz, ale choćby i Ewagriusz z Pontu, Jan Kasjan i inni}.

***

Abba Sisoes mawiał na temat aleksandryjskich teologów: - Gdyby Bóg polecił im napisać dziesięć przykazań, to zamiast dziesięciu mieliby ich tysiąc.

***

Pewien młody mnich poszedł po radę do starca: - Abba - powiedział- wiesz, że niedługo minie już rok, jak żyję na pustyni, i w tym czasie już sześć czy siedem razy przechodziła szarańcza. Wiesz, jakie to zmartwienie, ponieważ włazi ona wszędzie, nawet do pożywienia. Jak się zatem zachowujesz? Starzec, który żył na pustyni od czterdziestu lat, odpowiedział w ten sposób: - Kiedy po raz pierwszy wpadł mi tylko jeden z tych owadów do zupy, wylałem wszystko. Potem wyjmowałem owady i zjadałem zupę. Następnie jadłem już wszystko, szarańczę i zupę. Teraz, jeśli jakiś owad próbuje wyjść z zupy, wpycham go z powrotem..

***

Dwóch ojców mieszkało w jednej celi od wielu lat w doskonałej zgodzie. Pewnego dnia jeden z nich mówi: - Spróbujmy się pokłócić tak, jak to robią wszyscy. Drugi odpowiedział: - Nie wiem, co to znaczy kłócić się. - Oto: stawiamy między nas cegłę. Potem mówię: to jest moje. Ty odpowiadasz: nie, to nie jest twoje, to jest moje. Kłótnie zawsze się tak zaczynają. Postawił pośrodku cegłę i pierwszy powiada: - To jest moje. A drugi odpowiedział: Nie, moje. Wtedy pierwszy: - Jeśli to twoje, to weź to sobie i idź w pokoju. I nie mogli się pokłócić.

***

Ojcowie Pustyni byli bardzo podejrzliwi w stosunku do kobiet. Byłoby tu jednak przesadą mówić o absolutnej antypatii, humor chronił ich przed wszelką przesadą. Pewnego dnia abba Filaret powiedział: "Kobiety przewidują wszystko, nie mylą się nigdy, chyba że się zastanawiają".

***

 Pewnego dnia jeden z ojców pyta przeora: - Czy powinniśmy się obawiać także kobiet starszych? - Stare kobiety - odpowiedział przeor - są jak kolce róż. Róże opadły, a pozostały ciernie.

***

Pewnego dnia młody mnich zobaczył przy studni płaczącą kobietę. Pobiegł szybko powiedzieć o tym starcowi. Ten ostrzegł go mówiąc: - Kiedy kobieta przesłania oczy łzami, wtedy ostrość widzenia traci mężczyzna.

***

Pewien ojciec powiedział do starca: - Przez siedem lat całkiem milczałem. - A ja - odparł starzec - pościłem całkowicie przez sto dziesięć dni. - To niemożliwe, abba! - Dlaczego, bracie, jeśli ja ci pozwalam utrzymać milczenie przez siedem i pół roku, ty nie pozwalasz mi pościć sto dziesięć dni.

***

Czy to prawda - zapytał pewnego dnia jednego z ojców pewien starzec - że abba Serapion nie chce już mieszkać w twojej celi? - To prawda - odpowiedział starzec. - I jestem z tego zadowolony. Mieszkałbyś z mnichem gadułą i wiecznie użalającym się nad sobą? - Ja nie. - Także abba Serapion nie ma na to ochoty - powiedział starzec.

***

Podczas Liturgii pewien ojciec wygłosił homilię. Po Liturgii jeden ze starców pyta swego sąsiada: - Co myślisz o abba Marku jako kaznodziei? - Wydał mi się podobny do naszego wielkiego abba Antoniego. - Ale abba Antoni nie był kaznodzieją! - No właśnie.

***

"Cała sztuka polega na unikaniu skrajności", rzekł diabeł, sadowiąc się pomiędzy dwoma starcami, którzy zamierzali sądzić jakiego brata.

***

Pewien biskup z Aleksandrii, mało przyzwyczajony do niewygód życia mniszego, był zmuszony spędzić noc w klasztorze w Ennaton. Zanim położył się na macie w przydzielonej mu celi, zobaczył na podłodze trzy pluskwy. Wezwał jakiegoś brata i zwrócił mu na to uwagę. -Nie niepokój się abba, w gruncie rzeczy to tylko pluskwy. A poza tym spójrz, są martwe. O jutrzence biskup wstał, a gdy ujrzał owego brata, powiedział: - Te trzy pluskwy, które ujrzałem wieczorem, naprawdę były martwe. Ale jaki tłum przybył tej nocy na ich pogrzeb.

***

Kiedyś pewien brat pyta starca: - Abba, nie mogę dobrze zrozumieć różnicy między wyrzeczeniem a poświęceniem. - Mogę ci to wyjaśnić za pomocą małej bajeczki - odpowiedział starzec. - Pewnego dnia wieprz i kura przechadzały się razem po podwórku. Przechodząc w pobliżu drzwi kuchennych, kura zauważyła: "Sądząc z zapachu, sądzę, że gotują szynkę i jajka. Jak widzisz, czeka nas to samo". "niezupełnie - sprzeciwił się wieprz. U ciebie chodzi tylko o wyrzeczenie, dla mnie to prawdziwe poświęcenie".

***

Pewien starzec rzekł: "Kto myśli, że mając pieniądze zrobi wszystko, ten zrobi wszystko, aby je mieć".

***

Pewnego dnia biskup odwiedzał wspólnotę mnichów abba Bessariona, którego delikatność ducha była powszechnie znana. Starzec chciał uczcić przybycie biskupa, który odczuwał trochę skłonności do łakomstwa, czyniąc wszystko, aby przygotować obiad godny jego osoby. Ale kiedy pasterz powiedział do niego: - Abba, mam nadzieję, że nie zabiłeś kota, aby przygotować z niego potrawkę z zająca.. Nie mógł się powstrzymać i powiedział: - Nie, znalazłem go już martwego.

***

W Celle młody mnich rąbie drzewo. Przechodzący starzec obserwował go i po chwili rzekł: - Twoja siekiera, bracie, każe mi myśleć o piorunie. - Z powodu szybkości? - zapytał ten z zadowoleniem. - Nie, nigdy nie uderza dwa razy w to samo miejsce.

***

Podczas podróży do Smyrny abba Kalikst zgubił drogę. Nagle na absolutnym pustkowiu pojawił się wędrowiec i abba Kalikst bardzo się z tego ucieszył. - Przepraszam, bracie - zapytał - potrafisz mi wskazać drogę do Smyrny? - Ależ wszystkie osły ją znają! - odpowiedział ten niegrzecznie. - Właśnie dlatego cię o to pytałem...

***

Abba Herakliusz i abba Agaton, dwaj najbardziej czcigodni starcy z pewnego klasztoru na brzegach Morza Czerwonego, poszli pewnego dnia łowić ryby w tym tak niebezpiecznym morz, aby zapewnić pożywienie swym braciom. Wieczorem abba Heraklusz powrócił z wielką rybą na ramionach. - Jak wielką rybę złowiłeś, bracie - wykrzyknęli uszczęśliwieni bracia. - Dość dużą - odparł starzec. - Ale znacznie większa była ta, która zjadła abba Agatona.

***

Pewien starzec skarcił młodego mnicha mówiąc: - W twoim wieku pracowałem dziesięć godzin, a drugie dziesięć spędzałem na modlitwie. Młody mnich odpowiedział: - Podziwiam twój młodzieńczy zapał, abba. Ale jeszcze bardziej dojrzałość, która całkowicie zlikwidowała twoją wcześniejszą przesadę.

***

Starca zapytano kiedyś: "Dlaczego, abba, kiedy twój towarzysz w celi śpiewa psalmy, ty zawsze jesteś przy oknie?". Odpowiedział: "Nie chcę, by myślano, że go toruruję...".

***

Przewidując wizytę biskupa, abba Makary udał się pewnego dnia na targ do pobliskiej wioski. Nieufnie oglądał na straganie jakieś chude kurczaki, gdy podszedł sprzedawca i powiedział mu na ucho: - Kup jednego, abba! Możesz mi ufać: sprowadzam je codziennie prosto z Aleksandrii. - Nie wątpię, bracie. Nie czynisz jednak słusznie pędząc je tutaj pieszo.

***

 Abba Antoni powiedział kiedyś: "Ludzie dzielą się na trzy rodzaje: na zazdrosnych, pysznych i innych. Innych nigdy nie spotkałem".

***

. Wielki Antoni zbliżał się do śmierci, gdy usłyszał, jak pewien brat mówi o nim: - Był wielki jak Mojżesz... Otworzył zatem jedno oko i powiedział: - Jesteś daleki od prawdy, bracie.. Na tamtym świecie bowiem Bóg nie będzie mnie pytał: "Dlaczego nie byłeś Mojżeszem?", ale: "Dlaczego nie byłeś Antonim?".

***

 Pewien brat, zbyt długo będący gościem u abba Pambo, rzekł przed odejściem: -Abba, pozwolisz, że coś powiem? Palmy rosnące przed twoją celą są na pewno zbyt młe dla takiego starca jak ty. Abba Pambo odrzekł: - Zapewniam cię, bracie, że zanim tu powrócisz, bardzo, ale to bardzo podrosną.

***

 Abba Eulogiusz rzekł: "Nie mówcie mi o mnichach, którzy się nigdy nie śmieją. Nie są poważni".

***

Pewien brat ze Sketis zapytał wielkiego Atanazego: -Abba ciągle idę za tą pasją, to za inną. Co o tym myślisz? Błogosławiony Atanazy odrzekł: - Kto chce być psem, zawsze znajdzie smycz.

***

Abba Hilarion powiedział kiedyś: "Jeśli jesteś smutny, to prawie zawsze oznacza, że myślisz o sobie samym".

***

Abba Iperychiusz został mnichem po spędzeniu młodości wśród polityków Aleksandrii. Uciekł na pustynię, a pytany, dlaczego tak mało ceni ludzi rządzących tą prowincją, odpowiadał: "Ponieważ ich znam. Wszystko, co obiecują, zamienia się potem w podatki".

***

Pewien starzec, który całe swe życie spędził w eremie na górze Nectos, wśród wiecznych lodów i śniegów, cierpiał bardzo z powodu zimna. Drżąc przybył do raju, a święty Piotr wyszedł mu naprzeciw mówiąc: - Przyjacielu, prowadziłeś święte życie, witaj. Starzec wszedł do raju szczęśliwy. Ale kilka dni później powiedział do świętego Piotra: - Największy wśród apostołów, wyznam ci, że tu w raju, wśród chmur i gwiazd, bardzo jest mi zi­mno... - Jeśli chcesz, bracie, mogę cię zaprowadzić do czyśćca. Tam jest na pewno goręcej. - I tak uczynił. Ale także w czyśćcu starzec nie mógł przestać szczękać zębami. - Chciałbym pójść do piekła - powiedział zatem do świętego. - To jedyne miejsce, gdzie na pew­no będzie mi ciepło. Święty Piotr znając świętość starca także tę prośbę spełnił. Ale zaraz następnego dnia zstą­pił do piekła, aby zobaczyć, czy jego przyjaciel mnich nie zmienił zdania. Ledwie otworzył bra­my piekła, gdy zaraz usłyszał słowa protestu wy­powiedziane znanym mu głosem: - Przeeeeciąg!

***

Pewien możny tego świata przybył kiedyś do Sketis po radę starca mającego dar proroctwa. Starzec popatrzył nań, a potem powiedział: - Nie proszę cię o nic za to, co powiem o twej przyszłości. Ale powinieneś zbudować kaplicę dla naszego klasztoru, jeśli chcesz, by nikt nie znał twojej przeszłości. Ten sam starzec powiedział kiedyś do człowieka światowego: - Najbliższych pięć lat będziesz miał bardzo nie­szczęśliwych. - A potem? - zapytał ten drżąc. - Potem już się przyzwyczaisz.

***

Kilku światowych ludzi odwiedziło kiedyś abba Sisoesa. - Przechodziliśmy tędy.. - powiedzieli - i zatrzymaliśmy się na chwilę. Wreszcie zdecydowali się pożegnać i starzec powiedział: - A następnym razem, kiedy będziecie tędy przechodzić, to proszę, przechodźcie, przechodźcie..

***

Abba Sylwan powiedział: "Biada ludziom, których reputacja jest lepsza niż ich uczynki".

***

Pewien starzec zwykł mawiać: "Jeżeli widzisz młodego człowieka, który wspina się do nieba o własnych siłach, przytrzymaj go za nogi i ściągnij na ziemię, bo to nie jest dla niego dobre".

***

Abba Zenon, uczeń abba Sylwana, powiedział: "Nigdy nie mieszkaj w znanym miejscu, nie przebywaj ze sławnymi ludźmi ani nie kładź fundamentów po to, by kiedyś wybudować na nich swoją celę".

***

Pewien brat zapytał abba Pojmena: "Co to znaczy, gdy gniewamy się na swojego brata bez przyczyny?". Pojmen odpowiedział: "Kiedy twój brat cię zaatakuje, niezależnie od stopnia obrazy, a ty wybuchniesz gniewem, gniewasz się bez powodu. Nawet jeżeli wyłupiłby twoje prawe oko i odciął ci prawą dłoń, a ty wybuchnąłbyś gniewem, gniewałbyś się bez powodu. Jednak powinieneś wpaść w gniew, gdyby próbował oddalić cię od Boga!".

***

Pewnego razu grupa ludzi odwiedziła starca w Tebaidzie, przyprowadzając ze sobą opętanego przez demona, Ludzie ci mieli nadzieję, że starzec może go uzdrowić. Nalegali na niego z uporem przez jakiś czas i w końcu starzec powiedział dc demona: "Wyjdź z Bożego stworzenia'' Demon odparł: „Wyjdę, ale pozwól mi o jedno cię zapytać. Powiedz, którzy są kozłami, a którzy owcami?''. Wtedy sta­rzec powiedział: „Kozłem jest ktoś taki jak ja, a co do owiec, tylko Bóg je zna", Sły­sząc to, demon zawołał wielkim głosem: „Zobacz, z powodu twojej pokory muszę wyjść!" I w tej samej chwili opuścił opę­tanego.

***

Abba Or powiedział: "Albo ucieknij od ludzi, albo śmiej się ze świata i ludzi na nim, i rób z siebie głupca w wielu rzeczach".

***

Starcy zwykli mówić: "Kiedy jesteśmy poddawani próbom, uczymy się pokory, gdyż Bóg zna nasze słabości i chroni nas. Kiedy jednak się chwalimy, Bóg przestaje nas chronić. A wtedy naprawdę się gubimy".

***

Abba Epifaniusz rzekł: "Bóg bardzo tanio sprzedaje prawość tym, którzy chcą ją kupić. Wystarczy mały kawałek chleba

***


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


niedziela, 20 sierpnia 2017

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O moim bloogu

blog powstał jako poboczny do moich notatek by umieszczać tu teksty których ja nie tworzyłem, a które są dla mnie ważne, moje tropy...

kim jestem?