Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 263 656 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Rozmowa z o. Adamem Piecuchem

sobota, 14 stycznia 2017 21:24

Z Adamem Piecuchem, paulinem, rozmawia Marcin Jakimowicz

Marcin Jakimowicz: Scena z programu telewizyjnego. Ojciec mówi: „Ojcze nasz” to modlitwa przeciwko mnie. Zapada cisza jak makiem zasiał. Prowadzący spotkanie zdziwiony pyta: dlaczego przeciwko ojcu? I zaczyna się…
O. Adam Piecuch: – To bardzo trudna modlitwa walki wewnętrznej, wielkiego ukrycia. W pierwszych wiekach była to modlitwa tajemnicza, w którą wprowadzano katechumenów bardzo późno.

011777_mgn09s03_piecuch_34.jpg



Dlaczego? 
– Bo to modlitwa niezrozumiała, a nawet… gorsząca. Zobaczmy, jak brzmią już same słowa „Ojcze nasz”, czytane w świetle Ewangelii, gdzie napisane jest, że „Jego słońce świeci nad złymi i dobrymi”. Wzywam Ojca wszystkich, za których Jezus oddał swoje życie: a więc i Ojca najgorszych zbrodniarzy, ludzi, których potępiam, omijam szerokim łukiem. To gorszące.

O wiele łatwiej powiedzieć: Ojcze mój
– Jasne. Ale to też ojciec mojego największego wroga. I co ja na to? Przypomina mi się litania Matki Teresy. Gdy ją odmawiano w czasie beatyfikacji, ludzie byli oszołomieni. Zaczynała się od słów: „Jezus jest głodny, Jezus jest spragniony”. Bardzo dotknęło mnie jedno z wezwań: „Jesus is the Prostitute to remove from danger and befriend her”: Jezus jest prostytutką, by odsunąć ją od niebezpieczeństwa i zaprzyjaźnić się z nią. Niektórzy byli zniesmaczeni. Jak to, Jezus prostytutką? Pamiętam też reakcję Ojca Świętego: serdecznie się uśmiechnął. Modlitwa Pańska też może być dla nas zgorszeniem… „Święć się imię Twoje” – bardzo trudne słowa. Szczególnie dla nas, duchownych. Mamy żyć tak, aby ludzie widzieli nasze dobre czyny, ale chwalili Ojca, który jest w niebie. Ojca, nie nas. A to bardzo trudno odróżnić. Jak łatwo podszywamy się pod chwałę Bożą! Jak to niesamowicie kusi. Sami chcemy błyszczeć i uchodzić za kogoś szlachetnego, dobrego. A Jezus przypomina: unikajcie dwulicowości. Święć się imię Twoje, nie moje!
„Bądź wola Twoja, nie moja” – to słowa przeciw powszechnej religijności, gdzie człowiek ustala sobie plan dnia, doskonale wie, czego chce i dopiero gdy już nie daje sobie rady i nie może na nikogo liczyć, wzywa Boga. Po co? Aby wypełnił nasze plany i zamiary…

A Ojciec potrafi wstać rano i zapytać: „Boże, jakie masz plany na dzisiejszy dzień?” i błogosławić w ciemno za wszystko, co Ojca spotka?
– Dziś zapowiadał się bardzo spokojny dzień. Nie przewidziałem tego, że zadzwoni dziennikarz z „Gościa”, a tu nagle masz… (śmiech). I jak tu pełnić swoją wolę? Nie wiadomo, z czym Pan Bóg wyskoczy?

A z czym ostatnio wyskoczył?
– Przed godziną straszliwie zaczął mnie boleć kręgosłup. Nie wiedziałem, co robić. Ani siedzieć, ani stać. Co zrobić: bądź wola Twoja…
„Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj”. Po co? Przecież ja sam sobie zarobię na chleb dla siebie i mojej rodziny.

Nikt nie chce być żebrakiem…
– Nie potrzebujemy jałmużny. Modlimy się inaczej; daj mi pracę, pozycję, a na chleb to sam sobie zarobię. Podoba mi się polskie tłumaczenie tego zdania. Co to znaczy „powszedni”? To znaczy również „po wsze dni” – czyli po wszystkie dni, na życie wieczne. Widzę w tym wyraźną prośbę o Chleb eucharystyczny.

W czasie wspomnianego telewizyjnego programu powiedział Ojciec: „Pod koniec »Ojcze nasz« to już modlę się o piekło dla siebie”. Jak to? 
– … bo mówię: „przebacz mi, tak jak ja przebaczam moim wrogom”. A ja doskonale wiem, jak ja przebaczam. Te słowa zamknęły też usta Apostołom. To ciekawe, że Jezus nie mówił im, jak mają się modlić. Widzieli Jego modlitwę, widzieli, jak znikał na całe noce, ale On nie mówił im, jak się modlić. Aż do czasu, gdy zapytali Go o to sami. I ciekawostka – Jezus zaczął od tego, jak nie powinno się modlić! Nie bądźcie gadatliwi, wielomówni jak poganie, bo Ojciec wie, czego wam potrzeba, zanim Go o to poprosicie. Odmawiając „Ojcze nasz”, pamiętajmy o tym, że Bóg wie, czego nam potrzeba, zanim zaczniemy się modlić.

A jeśli nie potrafię przebaczyć? Mówię „przebaczam”, ale w sercu nie życzę tej osobie dobrze?
– W modlitwę „Ojcze nasz” wprowadzano katechumenów bardzo późno. Dlaczego? Bo musieli na własnej skórze doświadczyć, co to znaczy przebaczyć i przyjąć przebaczenie. Po takim doświadczeniu ja mogę powiedzieć: Panie, właśnie tak mi przebacz. Powiem szczerze; był czas, gdy miałem ogromny problem z przebaczeniem jednej osobie i dlatego nie potrafiłem modlić się tymi słowami. Milczałem jak grób. Nie chciałem rzucać słów na wiatr. Wiedziałem, że to zbyt poważna sprawa. Bo modlitwa „Ojcze nasz” wymaga naszego nawrócenia.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Powołani do relacji

czwartek, 14 czerwca 2012 11:12

„Zdarzyło się to w kilka lat po ukończeniu seminarium. Przeżywałem wtedy poważny kryzys kapłaństwa. Jeden z moich przyjaciół księży, widząc, co się ze mną dzieje, zaproponował mi uczestnictwo w katechezach w innej parafii. Dałem się namówić. W trakcie tych katechez poczułem, że stanowią one odpowiedź na moje trudności i cierpienie” – opowiada ks. Jan Zieliński, obecnie proboszcz warszawskiej parafii Najświętszej Marii Panny Matki Kościoła przy ul. Domaniewskiej. Dla niego ta nowa przygoda z Chrystusem rozpoczęła się w 1979 roku, kiedy poznał charyzmat Drogi Neokatechumenalnej.

 

Powołani do relacji

 

„W chrześcijaństwie nie występuje duchowość indywidualna. Nawet pustelnicy zawsze mieli i mają jakąś formę życia wspólnotowego” – mówi wędrowny katechista, ks. Jarosław Ambroży. „Każdy z nas potrzebuje wspólnoty – wtóruje mu ks. Michał Muszyński z kościoła św. Anny w Warszawie. – Człowiek jest tak stworzony, że realizuje się w relacjach. Tu szczególność sytuacji polega na tym, że osoba chcąca wstąpić na Drogę nie trafia do jakiegoś abstrakcyjnego ruchu, tylko do konkretnej wspólnoty”.

 

Wspólnota neokatechumenalna składa się z 30-40 osób, odbywających razem formację wiary. „Wiara jest drogą. Dziecko zapisane dopiero co do szkoły nie może następnego dnia zdać matury. W Kościele pierwotnym chrzest był swojego rodzaju dyplomem, potwierdzeniem wiedzy i uznaniem, że osoba, która chce zostać chrześcijaninem, dokonała już uczynków życia wiecznego. Dziś dajemy tę maturę w nadziei, że wiedza i uczynki przyjdą później” – wyjaśnia ks. Artur Awdaljan z warszawskiej parafii św. Augustyna. Dlatego wspólnota neokatechumenalna ma za zadanie ponowne odkrycie istoty chrztu. To, co wcześniej było przygotowaniem do przyjęcia sakramentu, staje się w obecnych realiach formacją pochrzcielną, nowym katechumenatem.

 

Droga Neokatechumenalna nie jest żadną organizacją, stowarzyszeniem czy ruchem, lecz – jak głosi jej Statut – jednym „ze sposobów diecezjalnej realizacji wtajemniczenia chrześcijańskiego i stałego wychowania wiary”. Metoda tego wtajemniczenia jest jedną z form realizacji zaproponowanego przez Jana Pawła II „najbardziej pierwotnego modelu apostolskiego”. Chodzi o inicjację chrześcijańską odbywającą się w żywej wspólnocie, która daje światu znaki miłości i jedności.

 

Prezbiter we wspólnocie

 

Wspólnotę neokatechumenalną tworzą osoby w różnym wieku i różnych powołań w Kościele – młodzież, małżeństwa, siostry zakonne, wdowy, klerycy i prezbiterzy... Pojedyncza wspólnota spotyka się dwa razy w tygodniu – raz w dzień powszedni, a drugi na niedzielnej Eucharystii, odprawianej w sobotni wieczór. „Na szczęście istnieje taka grupa ludzi, dla których nie jestem przede wszystkim księdzem, ale chrześcijaninem. Znam tych braci od 23 lat, tak samo oni mnie. Pamiętają mnie z różnych momentów – łatwiejszych i trudniejszych. To daje człowiekowi bardzo silne oparcie. Wiadomo, kim się jest” – stwierdza ks. Muszyński. Żeby być dobrym księdzem, bratem, ojcem czy matką, najpierw trzeba być dobrym chrześcijaninem. Każdy ma swoje miejsce w Kościele i każdy potrzebuje wzrastać w wierze, a najbardziej chyba ksiądz, który ma być przecież specjalistą od życia duchowego.

 

Jak mówią prezbiterzy, Kościół w tym wymiarze nabiera realnych kształtów. „Wiem, że moje kapłaństwo wyrasta z bardzo konkretnej wspólnoty i służy bardzo konkretnym ludziom” – zaznacza ks. Muszyński. Różnorodność wspólnoty jest też jej siłą. Poszczególne powołania członków współgrają i wzmacniają się wzajemnie. „Przeżywanie celibatu jest o wiele lżejsze, kiedy razem toczymy walkę o wierność: bracia o wierność małżeńską, ja o wierność Kościołowi” – wyznaje ks. Ambroży.

 

Wspólnota wspiera. „Czy ksiądz jest człowiekiem? Czy może mieć kryzys? Czy grzeszy?” – pyta retorycznie ks. Piotr Odziemczyk, prezbiter wywodzący się z parafii św. Augustyna i studiujący obecnie prawo kanoniczne w Wenecji. Wspólnota może pomóc duszpasterzowi w najtrudniejszych okresach – w kryzysach, próbach wiary, doświadczeniach samotności. „Kiedyś zakochałem się. Pewna rodzina z mojej wspólnoty pomogła mi po pierwsze to sobie uświadomić, a po drugie pozostać wiernym Kościołowi. Widząc moc Boga w ich wierności małżeńskiej, mogłem przetrwać ten czas próby” – wyjawia ks. Ambroży. „Pamiętam też czas, gdy odchodzili do domu Ojca moi rodzice. Obecność i pomoc moich braci ze wspólnoty uchroniła mnie przed cierpieniem samotności” – dodaje ten wędrowny katechista.

 

Wiadomo, ksiądz parafii nie wybiera. A na parafii, mimo że wszyscy są dobrymi ludźmi, charaktery po prostu mogą się nie zgodzić. Doświadczył tego kiedyś ks. Muszyński. Jak podkreśla, to właśnie wspólnota służyła mu wtedy za oparcie. Oparcie, które czasem może być bardzo dyskretne: „Ostatnio 80-letnia siostra zakonna z mojej wspólnoty zapytała, jak się miewam. Odpowiedziałem, że dobrze, że jestem bardzo zadowolony z pracy, z miejsca i księży na plebanii. A ona na to: «Jestem taka szczęśliwa, tak się za ciebie modliłam!»”.

 

 

Parafie z formacją pochrzcielną

 

Całą noc śnieżyło, a rano – jeżeli tak nazwać ten mrok – ulice przypominały nartostrady. Warszawa, nie Rzym, na siedmiu wzgórzach nie leży, a jednak z wiaduktu na Głębockiej stoczył się autobus i jazdę skończył na poboczu. Brnąc przez zaspy, docieram na Domaniewską. Tak jeszcze – myślę sobie – swoich urodzin nie zaczynałem. Patrzę na zegarek, jest 6.15, spóźniłem się. Ludu Bożego w kościele niemal jak na niedzielnej Mszy świętej. Trwa jutrznia. „Dziś jakoś mało ludzi przyszło, to chyba przez ten śnieg” – mówi znajoma, prowadząc mnie po nabożeństwie do proboszcza.

 

Podobnie u św. Augustyna. W Adwencie na jutrznię przychodzi około 200 osób. Czytania, śpiewanie psalmów, 15 minut modlitwy cichej. Po 7.00 zaczynają się roraty. Kto może, zostaje, inni idą do pracy. Proboszcz, ks. Walenty Królak, przyjął mnie u siebie w kancelarii. Przez 20 minut naszej rozmowy odebrał kilka telefonów, „opędził się” od paru następnych, wydał polecenia dotyczące stawiania szopki i rzeczowo wytłumaczył dobijającemu się do niego dyrektorowi szkoły, skąd ma wziąć opłatki.

 

„Ludzie mówią o nas «parafia neokatechumenalna». A ja nie wiem, co to jest, takiego pojęcia nie ma!” – mówi w przerwie między jednym telefonem a drugim. „Wraz z innymi księżmi jestem tutaj z polecenia biskupa. Niektórzy patrzą na nas jak na jakąś schizmę czy heretyków. Ale po pierwsze, Droga Neokatechumenalna niczego nowego do Kościoła nie wnosi, a po drugie, czy coś wciąż może być nowością od 45 lat?” – pyta poirytowany.

 

Parafia św. Augustyna jest więc zwykłą parafią, choć może niestandardową. Działa w niej 12 wspólnot neokatechumenalnych. Wiele inicjatyw wychodzi od świeckich. To oni przygotowują liturgie, głoszą katechezy, angażują się w ewangelizację dorosłych czy prowadzą kursy przed bierzmowaniem i dla narzeczonych. W ten sposób mogą wziąć odpowiedzialność za Kościół. „Model, w którym to ksiądz ma wszystko zorganizować, wyremontować i pobudować, najczęściej źle działa” – uważa ks. Królak.

 

Jego zdaniem, Droga Neokatechumenalna daje narzędzia, które z po­wodzeniem można stosować w życiu parafii. „Po chyba 8 latach kapłaństwa, czyli jakieś 28 lat temu, poczułem się bardzo zmęczony. Posługa stała się dla mnie rutyną i pasmem trudności, trudno przecież wciąż tylko eksploatować się dla innych. Szukałem dla siebie ratunku. A byłem przy tym wrogiem wspólnoty, wspólnotowość uważałem za pewne hobby i dziwactwo. Gdy jednak poznałem Neokatechumenat, właśnie wspólnota dała mi możliwość odżycia i nawrócenia. Zobaczyłem, że daje on fantastyczne narzędzia duszpasterskie do formowania ludzi” – wspomina proboszcz św. Augustyna. Zaznacza jednocześnie, że charyzmat Drogi stanowi jedną z możliwych propozycji – nie jest ani jedyną, ani najlepszą. Wypełnia jednak dotkliwą lukę, gdyż „do tej pory Kościół, przynajmniej w Polsce, metody duszpasterskiej na dorosłych nie znalazł. Robi się misje, rekolekcje, ale formacji, która byłaby permanentna i rzeczywista, nie ma. Człowiek dorasta, mnożą się problemy, a jego wiara zostaje na poziomie pierwszej Komunii” – stwierdza ks. Królak.

 

Jeden fakt podkreślają wszyscy księża zgodnie: razem pracuje się łatwiej i lepiej. Prezbiterów Neokatechumenatu głęboko łączy wspólne doświadczenie wiary, na Drodze nie można postępować samemu. Księża z tej parafii dobrze się znają i z reguły z seminarium wynieśli inny model wzajemnych relacji. „Na wielu plebaniach księża mogą razem jeść, kłócić się, ale na pewno nie modlić. Kiedy my się spotykamy, najpierw się modlimy. To najlepsze, co możemy zrobić” – mówi ks. Królak. „W tej parafii łatwiej rozwiązuje się problemy duszpasterskie, bo możemy na nie spojrzeć razem” – wtóruje mu ks. Odziemczyk.

 

Co istotne, inni księża i wspólnota dają możliwość spojrzenia na siebie z dystansu. I tu ważna jest szczerość. U brata ze wspólnoty zawsze można zasięgnąć porady i zapytać, jak on postrzega moje działania. Inaczej na problemy z dziećmi patrzy ojciec rodziny, a inaczej ksiądz i katecheta. Dlatego właśnie mogą pomagać sobie nawzajem. Warunkiem jest to, że każda uwaga powinna wypływać z miłości i być z miłością odbierana.

 

Wspólnotowość może też być modelem życia kapłańskiego. „Na parafii staramy się spędzać ze sobą dużo czasu i razem się modlić. To daje nam bardzo piękną przestrzeń wewnętrzną. Mogę traktować swojego współbrata właśnie jak współbrata, a nie jak kolegę z pracy” – mówi ks. Muszyński. Nie jest to – jak podkreśla – specyfika Neokatechumenatu. Nie wszyscy księża u św. Anny angażują się w Drogę Neokatechumenalną, ale każdy z nich stara się o realizację kapłańskiego modelu wspólnotowości.

 

Tak samo zresztą jest w przypadku parafii Najświętszej Marii Panny Matki Kościoła, którą postrzega się mimo to jako „parafię neokatechumenalną”. Na Domaniewskiej wszyscy księża codziennie odprawiają wspólnie jutrznię. Ponadto razem się modlą, jedzą i po prostu – jak relacjonuje proboszcz – dużo ze sobą rozmawiają. W swoim gronie przeżywają też ważne święta, na przykład Wigilię Bożego Narodzenia czy uroczystość Objawienia Pańskiego. Raz w tygodniu zbierają się dodatkowo, by przygotować się do niedzielnej Eucharystii.

 

Ksiądz na Drodze

 

Wszyscy prezbiterzy Drogi Neokatechumenalnej w danym regionie spotykają się co tydzień. W przypadku Polski ci, którzy mogą, zbierają się w poniedziałki w Archidiecezjalnym Seminarium Misyjnym „Redemptoris Mater”. Jedno spotkanie poświęcone jest modlitwie ze słowem Bożym, pozostawia się też czas na adorację Najświętszego Sakramentu i spowiedź. Całość trwa 3-4 godziny. W następnym tygodniu prezbiterzy rozważają któryś z dokumentów kościelnych dotyczących życia kapłańskiego. Chwalą to sobie, gdyż dzięki temu mogą być „w miarę na bieżąco”. Na kolejny poniedziałek przypada zazwyczaj spotkanie z ojcem duchownym. Księża mogą się wtedy podzielić w szerszym gronie swoimi problemami duszpasterskimi i tymi, które dotyczą wspólnego życia. I wreszcie jedno spotkanie w miesiącu odbywa się u któregoś z nich w parafii. Księża celebrują Eucharystię, jedzą obiad, a przede wszystkim są razem.

 

„Po wyświęceniu ksiądz zostaje często faktycznie sam. Często ma dodatkowo uraz do seminarium i przez długie lata go nie odwiedza” – mówi ks. Królak. Jego zdaniem, formacja stała w ramach diecezji jest niewystarczająca. „Nie mylmy formacji z dokształcaniem czy informacją. Dni skupienia czy konferencje odbywają się rzadko. Ponadto ksiądz nie ma na nich możliwości powiedzenia o sobie, o swoich problemach i doświadczeniu wiary. Nie może się tam poczuć wysłuchany, zrozumiany i zaakceptowany” – wyjaśnia proboszcz św. Augustyna.

 

Tymczasem samo seminarium „Redemptoris Mater” ma strukturę wspólnotową, a jego charakterystycznym rysem jest międzynarodowość. O tym, do którego z 72 seminariów na całym świecie trafi dany kandydat do kapłaństwa, decyduje losowanie. Kształcących się kleryków utrzymują miejscowe wspólnoty. Takiemu – dajmy na to – Ekwadorczykowi, który dostał się do Polski, trzeba zapewnić spodnie, buty i kurtkę, bo biedak trafił do nieco innych warunków klimatycznych, niż jest przyzwyczajony. Kleryk nie dysponuje żadnymi swoimi pieniędzmi, a telefon komórkowy zostawia u rektora. Oczywiście, jeżeli ma jakieś potrzeby, na przykład chce kupić bilet, prosi przełożonego. A kontakt z odpowiedzialnymi – jak zapewnia ks. Królak – jest dużo łatwiejszy niż w zwyczaj­nym seminarium diecezjalnym. „Mamy inne relacje, wszyscy jesteśmy po imieniu, księża ze sobą, wspólnoty z nami, a w seminarium klerycy z przełożonymi. To usuwa bariery i upraszcza relacje, nie ma tych «prałatów», «kanoników» i «ekscelencji»” – mówi proboszcz.

 

Formacja w „Redemptoris Mater” trwa przeciętnie 10 lat. Jest to seminarium misyjne. Cudzoziemcy dostają rok na wyszlifowanie miejscowego języka. Wszyscy klerycy natomiast po dwuletnich studiach filozofii zostają posłani na trwające 2-4 lata praktyki ewangelizacyjne. W tym czasie kandydat do kapłaństwa dużo podróżuje. I tak na przykład ks. Odziemczyk spędził rok w Toronto, a drugi – by było cieplej – w Nowosybirsku. Ze swoich wojaży jest bardzo zadowolony. Praktyki misyjne chwali sobie także ks. Muszyński. „Rzeczywistość w seminarium była zupełnie inna, niż oczekiwałem. Do tej pory miałem do czynienia z księżmi w parafiach, ale nigdy z księżmi profesorami. Po drugim roku właściwie chciałem już odejść. Wtedy wysłano mnie na misję. Kiedy wróciłem, już dobrze wiedziałem, dla kogo i po co się uczę. Wiedziałem, że moim zadaniem będzie głosić Ewangelię i muszę się do tej funkcji dobrze przygotować” – opowiada. Obecny duszpasterz akademicki w kościele św. Anny spędził cztery lata w Rosji, na Białorusi i Litwie.

 

Co roku do seminariów „Redemptoris Mater” na całym świecie przyjmowanych jest około 30 Polaków. Więcej powołań pochodzi tylko z Włoch i Hiszpanii. Absolwent takiego seminarium zostaje inkardynowany do miejscowej diecezji. Po jakimś czasie, jeżeli otrzyma pozwolenie lokalnego biskupa, może udać się na misje albo tam, gdzie potrzebni są prezbiterzy.

 

Kościół na czasy obecne

 

W parafii przy Domaniewskiej od lat organizuje się pielgrzymki młodzieży. Latem 2009 roku młodzi udali się śladami świętych do Włoch. W podróży do Padwy, Loreto i Rzymu prowadził ich ks. Antonio Panaro, włoski prezbiter, który od ponad trzech lat pracuje pod ojcowskim okiem ks. Zielińskiego. W wyprawie – jak zaznacza – towarzyszyła im ekipa katechistów. „Nigdy nie jeżdżę sam, aby nie przywiązać młodzieży do siebie jako do duszpasterza. Będą inni po mnie. Najważniejsza jest relacja młodych z Chrystusem, ja jestem tylko marnym narzędziem w rękach Boga” – mówi ks. Panaro. Jednym z najmocniejszych momentów pielgrzymki była dla niego nocna Eucharystia, którą młodzi spontanicznie przygotowali na tarasie hotelu pod Rzymem. „Nie mieliśmy lampy, chłopaki przynieśli więc świece, a zwykły stół posłużył nam za ołtarz – opowiada. – W którymś momencie Mszy świętej zobaczyłem, że wielu młodych ludzi płakało. Było lato, z ulicy dochodził hałas, a z plaży łomot dyskotek. Tymczasem oni, siedząc plecami do tamtego świata, przyznawali się do Jezusa Chrystusa”.

 

Ks. Panaro chciał zostać malarzem, lecz poszedł do seminarium i teraz... spełnia się jako aktor. Wyjazd na Światowy Dzień Młodzieży do Sydney dla wielu młodych osób był marzeniem. Cóż, bilet lotniczy kosztował 10 tys. zł od osoby. Wraz z młodzieżą ks. Panaro przygotował spektakl na podstawie filmu „Anioł w Krakowie”. Przedstawienie odniosło ogromny sukces. Do wpływów z biletów dołożyła się wspólnota parafialna i grupa młodzieży mogła do Sydney pojechać. Obecnie trupa z Domaniewskiej wystawia sztukę Przed sklepem jubilera Karola Wojtyły.

 

„Gdy Neokatechumenat rodził się w Polsce, byliśmy «na indeksie», często nas «przesłuchiwano» – mówi ks. Królak. – Stoi mi przed oczami audiencja u Prymasa Wyszyńskiego, tuż przed jego śmiercią. Powiedział wtedy do nas: «Jestem już człowiekiem z innej epoki. Zajmowałem się komunizmem, kwestią robotniczą i sprawami społecznymi. Ale to, co wy robicie – czuję to całym sercem – jest na te czasy i jest potrzebne»” – wspomina proboszcz św. Augustyna.

 

Kamil Wielecki (ur. 1981), etnolog i antropolog kultury, dziennikarz Katolickiej Agencji Informacyjnej


Podziel się
oceń
2
1

komentarze (0) | dodaj komentarz

Taka jest wola Boga

środa, 13 czerwca 2012 7:07

Taka jest wola Boga
Rozmowa z ks. dr Robertem Pisulą, który jako pierwszy kapłan z naszej diecezji podjął się posługi wędrownego katechisty



Przez ostatnie sześć lat był Ksiądz wykładowcą i ojcem duchownym - niezmiernie cenionym przez kleryków - w Wyższym Seminarium Duchownym w Kaliszu, a także adiunktem na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu. To wszystko Ksiądz nagle zostawia, dlaczego?
To, co na zewnątrz wygląda na nagły zwrot w moim życiu, jest w rzeczywistości realizacją pragnienia, które dojrzewało we mnie podczas wielu lat formacji na Drodze Neokatechumenalnej.

Mógłby Ksiądz w kilku słowach przybliżyć nam tę rzeczywistość?
Droga jest pierwszym uznanym przez Kościół nowożytnym katechumenatem, który powstał z inspiracji Soboru Watykańskiego II. W odróżnieniu od tego starożytnego, neo-katechumenat obejmuje już ochrzczonych, którzy w sposób wolny uznają samych siebie za niewystarczająco ewangelizowanych i wyrażają gotowość przejścia drogi prowadzącej do dojrzałej wiary. Odbywa się ona w małych wspólnotach, które gromadzą ludzi w różnym wieku i statusie społecznym, zarówno świeckich, jak i duchownych.

W naszych parafiach potrzebny jest nowy model duszpasterstwa, które nie jest obliczone na doraźne i statystyczne rezultaty, ale cierpliwie i wytrwale przygotowuje wiernych do oparcia się milczącej apostazji współczesnego świata.


Ksiądz chce być wędrownym katechistą - czyli kim właściwie? Na czym polega ta posługa?
Drogę Neokatechumenalną w parafiach otwierają i prowadzą ekipy katechistów, składające się zazwyczaj z prezbitera, pary małżonków i mężczyzny nieżonatego. Oni przyjeżdżają na zaproszenie biskupa i proboszcza, aby głosić katechezy początkowe, zakładać małe wspólnoty i czuwać nad przebiegiem katechumenatu. Ekipy te nie pozostają na jednym miejscu, lecz są w nieustannym ruchu od parafii do parafii i z tego względu nazywane są wędrownymi.

Jest to więc powrót do sytuacji, którą znamy np. z Dziejów Apostolskich?
I nie tylko - święci Benedykt, Franciszek, Dominik, Ignacy Loyola rozsyłali swoich braci po dwóch na wędrowne głoszenie ewangelii. Nic więc dziwnego, że Duch Święty także dzisiaj wzbudza w Kościele nie tylko wędrownych katechistów i prezbiterów, ale także wielodzietne rodziny, które Ojciec Święty wysyła na krańce świata z misją implantatio Ecclesiae.

Głoszenie Słowa Bożego przez ludzi świeckich u boku kapłana jest w Kościele pewną nowością...?
Dotykamy tutaj niesłychanie ważnego problemu, jakim jest wzajemna relacja pomiędzy wiernymi duchownymi i świeckimi. Doświadczenie pokazuje, jak trudno zachować tutaj złoty środek pomiędzy wyniosłym paternalizmem, a zamazującym granice kumpelstwem. Trzeba wrócić do wspólnego nam fundamentu, jakim jest chrzest i na nowo odkrywać doświadczenie chrześcijańskiego braterstwa. Jest to potrzebne kapłanom, aby w sposób radosny i owocny mogli przeżywać swój charyzmat celibatu.

W tym kontekście pojawia się zwykle lęk przed niewłaściwym zaangażowaniem świeckich w życie Kościoła, jak to ma miejsce np. w kontestatorskim ruchu niemieckim Wir sind Kirche...?
To jest przykład jak niebezpieczne może być powierzanie w Kościele funkcji ludziom świeckim, którzy są bardzo religijni i posiadają rozległą wiedzę teologiczną, ale nie zostali uformowani w duchu Ewangelii.

Powróćmy do Księdza misji - kto kieruje ekipami wędrownych katechistów i decyduje o ich przeznaczeniu?
Według Statutu zajmuje się tym Międzynarodowa Ekipa Drogi Neokatechumenalnej, zatwierdzona przez Stolicę Apostolską, bądź też, w ich imieniu, ekipy odpowiedzialnych za Drogę w poszczególnych krajach. Ma to miejsce podczas corocznych zebrań katechistów wędrownych, nazywanych konwiwencjami, podczas których każdy z nich zgłasza swoją gotowość do posłania go do jakiejkolwiek części świata, pozostając wolnym w każdej chwili przerwać swoją misję.

Kiedy i gdzie odbędzie się najbliższa konwiwencja, na której pozna Ksiądz szczegóły swojej nowej posługi?
Na przełomie sierpnia i września, na Górze Błogosławieństw w Izraelu, gdzie znajduje się Domus Galilaeae, międzynarodowe centrum Drogi Neokatechumenalnej.

Przejdźmy do konkretów: z czego utrzymują się wędrowni katechiści?
Wędrowni katechiści zgadzają się przeżywać swoją misję w kruchości, to znaczy, że nie mają własnych środków utrzymania, ale żyją z tego, co otrzymają od braci ze wspólnot.

Każdy człowiek pragnie w życiu stabilizacji i bezpieczeństwa. Patrząc z tego punktu, bycie wędrownym katechistą jest swoistym wyzwaniem?
Stabilizację i poczucie bezpieczeństwa, o które ostatecznie chodzi każdemu z nas, zapewnić może naprawdę tylko Chrystus - On jest tą najlepszą częścią, której nigdy nie będziemy pozbawieni. Tak wierzę. Ale, żeby było całkiem jasne: nie jestem żadnym bohaterem i bardzo się boję tego, co może się wydarzyć.

Skąd Ksiądz ma pewność, że powinien być wędrownym katechistą, a nie dalej wykonywać swoją dotychczasową pracę?
Pewność każdej decyzji dotyczącej własnego powołania przychodzi z dwóch stron: najpierw od wewnątrz, jako upodobanie i powinność, które jednak muszą zostać ostatecznie potwierdzone na zewnątrz przez Kościół. Dlatego przez wiele lat poddawałem moje pragnienie rozeznaniu Księdza Biskupa. W tym roku otrzymałem Jego zgodę na 10 - letnią misję wędrownego katechisty.

Nie żal Księdzu zostawić wszystko i rozpoczynać niejako nowy etap w swoim życiu?
Oczywiście, że żal mi opuszczać moją dotychczasową pracę, szczególnie w Seminarium - to był najpiękniejszy okres mojego życia. Ale mam wewnętrzne przekonanie, że taka jest wola Boga, który nas kocha i chce, abyśmy byli szczęśliwi według Jego zamysłu. Poza tym, katechista wędrowny pozostaje złączony ze swoją diecezją, do której regularnie powraca, aby uczestniczyć w drodze własnej wspólnoty neokatechumenalnej.

Rozmawiał ks. Krystian Szenowski

http://www.opiekun.kalisz.pl/162/tekst_1.htm


Podziel się
oceń
3
1

komentarze (0) | dodaj komentarz

Rozmowa z Wacławem

czwartek, 02 kwietnia 2009 21:34

o ujarzmianiu „Dzikiego" przez rodzinę, wspólnotę i zielone jabłko z Grzegorzem Wacławem „Dzikim" rozmawia Marcin Jakimowicz.

 

Grzegorz Wacław „Dziki" - były anarchista. Jego poruszające świadectwo zdominowało książkę o nawróconych muzykach rockowych „Radykalni". Ojciec czworga dzieci. Mieszka w Warszawie

 

Marcin Jakimowicz: Wiesz, że nigdy nie spotkałem człowieka, który by tak namacalnie doświadczył dotknięcia Pana Boga jak Ty?

Grzegorz Wacław: - O czym ty gadasz, człowieku?

 

Cytat z naszej rozmowy w z „Radykalnych" sprzed dekady: „Zamknąłem oczy i miałem taką jazdę, jak-bym był pięć centymetrów nad ziemią, jakby moje oczy odwróciły się do środka, jakbym patrzył w głąb siebie. A tam żadnych flaków, żadnych kości, żadnych żył... nic. Tak jakbym był napompowanym balonem. Widziałem od spodu swoje tatuaże. Taka jazda! W środku byłem pusty i wypełniało mnie jaskrawo-zielone, opalizujące światło. Miałem takie doświadczenie: w środku nie ma nic, tylko światło". To mało?

- Wiesz, jak koszmarnie się w tamtej chwili czułem? Doświadczyłem Bożej potęgi i byłem jak sparaliżowany. Koszmar. Nie chciałbym drugi raz tego doświadczać. Wystarczył raz i dziękuję.

 

To doświadczenie do czegoś się przydaje? Wspominasz je w kryzysie? Mamy przecież bardzo krótką pamięć...

- Przydaje się. Tego typu doświadczenie wystarczy przeżyć raz. To jest trauma, jak z wojny. Jakby ci granat wybuchł w ręce, dosłownie. Powiem ci szczerze, ja na początku mojej drogi w Kościele miałem jeszcze jedno, bardzo mocne doświadczenie. W czasie rekolekcji na Jasnej Górze widziałem opętanego zakonnika. Wył na cały kościół: Jezusie, synu Dawida, ulituj się nade mną! Egzorcyzmowali go pod obrazem. Położyli mu na czole Komunię świętą, która wypaliła mu znamię w kształcie opłatka. Stary, ja po tych dwóch sytuacjach zobaczyłem wyraźnie dwie rzeczy. Pierwsza: Jest Bóg i jest demon, niszczycielska, wroga człowiekowi siła. Druga: Bóg jest silniejszy. Po tym wszystkim przestałem się bać. Boję się dziś tylko w takich momentach, gdy jestem w grzechu ciężkim. Wtedy naprawdę się boję.

 

Opowiadałeś o koszmarnym Wielkim Poście...

  • - Tak. Od dwóch lat mam przez cały post strasznie trudny czas. Ostro kłócimy się z żoną. Nie potrafię wytłumaczyć, dlaczego. Najczęściej nasze codzienne kłótnie są bardzo burzliwe, ale krótkotrwałe (ciągle nas jednak katechizują: „niech nad waszym gniewem nie zachodzi słońce", czyli żeby się pojednać, za-nim położy się spać). A tu drugi rok pod rząd kilkadziesiąt dni milczenia, oskarżania się, przekleństw. Zacinam się i jestem potworem. Jestem odcięty od żony, bo z nią nie rozmawiam, dzieci się mnie boją. Jestem skazany na siebie i swoje myśli. Koszmar. Poszedłem w tym roku na liturgię wielkopiątkową. Justyna wróciła już z dziećmi do domu. Trwa adoracja krzyża. Patrzę, a tłum ludzi ciśnie się do tego krzyża, przepycha łokciami jak na targu, syczy na siebie, szturcha. Mówię: Nie! Zostanę w ławce, do końca. Po wszystkim wstałem i myślałem, że jestem już w kościele ostatni, ale jeszcze jakaś baba spieszyła się, by mnie wyprzedzić. Pocałowałem krzyż, choć czułem, jakby to był pocałunek Judasza. I nagle zaczęło coś we mnie puszczać. Powoli. Siedziałem w ławce i śpiewałem ze scholą psalmy po łacinie. Wróciłem do domu, zacząłem normalnie rozmawiać z żoną, poprosiłem ją o przebaczenie. Przebaczyła. Powiedziała coś, co mnie zabolało: Bardzo cierpiałam, ale nauczyłam się już z tym żyć. Co tu dużo gadać, jestem tyranem. Wiesz, co mówi zawsze moja żona, gdy idziemy na jakiś ślub i składamy życzenia młodej parze? Życzę wam, aby żadne z was nie bało się zrobić z siebie frajera i by nie bało się pierwsze prosić o przebaczenie.

 

Często przepraszasz żonę?

- Jakie „przepraszasz"? Przepraszam mówi się, gdy się puści w towarzystwie bąka. To konwenans, po to, by był znów święty spokój. Ty musisz powiedzieć: Proszę o przebaczenie. Bo to dopiero pokazuje, że widzisz całą swą winę...

 

Wielu po „Radykalnych" zazdrościło ci Twojej historii.

- To dziwne. Bo z jednej strony podpieram się doświadczeniem Tomasza: „błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli", a z drugiej nieustannie przyłapuję się na zwątpieniu: w co wierzę? Przecież ja nie mam żadnego innego dowodu, prócz własnego doświadczenia. Tylko to. Plus spotkania wierzącego człowieka.

 

Często spotykasz w tym kraju wierzących ludzi, wierzącego człowieka?

- Rzadko. Ale spotykam. Dam ci przykład. Kilka lat temu byliśmy z rodziną na katechezie. Nie mieliśmy samochodu. Justyna była w ciąży z trzecim dzieckiem. Zima, mróz, noc. My, umordowani, umęczeni, z dwójką małych niewyspanych dzieci. Ciągle ich poganiałem, że nie zdążymy na autobus. Siedź tu pół godziny w mrozie na przystanku... I nagle patrzę, a nasz autobus odjeżdża. Krew mnie zalała. Myślałem, że oszaleję. Siedzimy na tym przystanku i nagle mała Marysia zaczyna płakać z bólu. Mówi, że boli ją uszko. Patrzę na plan miasta: Boże, jesteśmy na Starówce i mamy dojechać na drugi koniec miasta, na Tarchomin, po książeczkę zdrowia, a potem jeszcze na Saską Kępę do szpitala dziecięcego. Koszmar. Siedzimy na przystanku załamani, Justyna wściekła, Marysia płacze, ja muszę rano wstać do roboty. To-tal! I w tym momencie podjeżdża samochód, wysiada nasz katechista i mówi: A może was gdzieś pod-wieźć? I wyobraź sobie, ten facet zarwał całą noc. Zawiózł swoją żonę do domu, a sam pojechał z nami na Tarchomin po książeczkę zdrowia i potem do szpitala. Ja zostałem w samochodzie z małą Zosią, która mi zasnęła na kolanach, a on poszedł z moją żoną i Marysią do szpitala. Czekał tam na korytarzu, zabawiał ją, nosił na rękach. O drugiej w nocy odwiózł nas do domu. Mówię: - Człowieku, o której ty wstajesz do roboty? A on: - O piątej! Jeśli spotykasz takich ludzi, to jak masz nie wierzyć? On mi nic nie mu-siał opowiadać, ani słowa. Sam zaproponował, że nas podwiezie. A ja jestem ostatnią osobą, która chciałaby bezinteresownie poświęcić dziesięć minut swego cennego czasu, by kogoś wysłuchać. Nigdy nie mam czasu. Jestem rozdarty między pracą i rodziną. Ostatnio mi to córka wygarnęła. Mama chciała, że-bym sfotografował kwiaty w jej ogrodzie. Robię te zdjęcia, a Zosia pyta: - Będziemy się bawić? - Zaraz, Zosiu, zaraz. A ona na to: - No tak, ty nigdy nie masz dla nas czasu

Zakłuło?

- I to jak! Miała rację...

 

Mój przyjaciel, muzyk, żalił się kiedyś spowiednikowi: jak to jest? Wszyscy kumple z mojej starej kapeli żyją w grzechu, porozwodzili się. Dlaczego tylko ja doświadczyłem łaski spotkania z Bogiem? To niesprawiedliwe. A oni? Kapłan go uspokoił: każdy człowiek będzie miał w życiu chwilę, w której będzie mógł opowiedzieć się za Bogiem, za dobrem...

- Ciekawe, że o tym mówisz... Wiesz, że ja mam identyczne doświadczenie? Dopiero parę lat po chwili wejścia do Kościoła zobaczyłem wyraźnie kilka wcześniejszych sytuacji ze swojego życia, w których Bóg chciał mnie dotknąć. Byłem wtedy daleko od Kościoła, najdalej jak tylko się dało. Na totalnym punkowym odjeździe. Raz na jakimś festiwalu trafiłem do kościoła, w którym modliło się sporo młodzieży. Stałem za kratą i trzymałem się jej kurczowo. Nie chciałem się jej puścić i wejść do środka, bo wiedziałem, że jeśli wejdę, to już zostanę. A nie chciałem się sfrajerzyć, okazać się miękkim. Chciałem być cały czas twardzielem. Wiadomo: wiara jest dla słabeuszy. Człowiek silny świetnie da sobie radę sam. Za każdym razem, gdy ktoś mówił mi o Bogu, o miłości Jezusa, ja to odrzucałem. Do momentu, gdy trafiłem na samo dno. Tak więc: rozumiem to i potwierdzam: każda rzecz ma swój czas i nie ma osób nieważnych lub straconych dla Niego.

 

W jaki sposób odczytujesz dziś to, co mówi do Ciebie Bóg? Nie tęsknisz do czasu, gdy słyszałeś konkretne wskazówki?

- Na Drodze Neokatechumenalnej doświadczasz tego, że Bóg mówi do ciebie przez fakty twojego życia. Nie szepcze do twego ucha, nie posyła ci anioła, który wyraźnie mówi, co masz robić. Nie. Odkrywasz Jego drogi w swoim życiu. Nawet wtedy, gdy ostro kłócisz się ze swoją żoną. Widzę, że moja żona jest darem od Boga. Nikt inny by ze mną przez tyle lat nie wytrzymał. Pytanie, jaki sens ma cierpienie, wraca do człowieka cały czas jak rykoszet. Gdy ktoś chce mocno uderzyć moją wiarę, to zawsze wyjeżdża z tym pytaniem. Najpierw jest Watykan, pieniądze i bogactwo Kościoła, a potem od razu nieśmiertelne: „gdzie był Pan Bóg"? Dotyka mnie bardzo historia z Rwandy. Były tam wspólnoty neokatechumenalne złożone z Tutsi i Hutu. Do kościoła, w którym siedzieli ludzie, weszli Hutu i zarządzili: Hutu mogą odejść. Ale oni nie chcieli. Wiedzieli, co się zaraz stanie i powiedzieli: zostajemy. To są nasi bracia w Chrystusie. Bez słowa ich zabijano: facetów, kobiety, dzieci. A oni szli na śmierć i śpiewali: „Weź mnie do Nieba". Jak baranki prowadzone na rzeź. Zginęli wszyscy, poza jedną ranną dziewczyną, która ocalała cudem pod stosami trupów. To ona dała świadectwo. Gdy sobie wyobrażam, że moje dzieci idą przede mną na śmierć, śpiewając psalmy... Stary, nie chce mi się nawet gadać. Nie mieści mi się to w głowie.

 

À propos dzieci. Miałeś bardzo burzliwe życie. Nie boisz się, że część Twoich grzechów dotknie dzieci? Że będą musiały skosztować ich owoców? Jesteśmy jak naczynia połączone.

- Często się zastanawiam, jak będzie wyglądało ich życie i co zrobić, by im oszczędzić moich doświadczeń? Ale z drugiej strony: kim jestem, by projektować ich życie i mówić Panu Bogu, co mają robić, a czego nie? Mam lepszy od Niego pomysł na ich życie?

 

Nie modlisz się o to, by „żyły długo i szczęśliwie"?

- Nie. Modlę się o to, by miały wiarę, czyli to, czego ja nie mam (śmiech). Ja już jestem przegrany, lubuję sie w grzechu, ale one mogą przerwać ten upadek. Mają szansę żyć wiarą, nie popełniając tych samych błędów.

 

Nie chciałbyś oszczędzić dzieciom zawirowań, które sam przeżyłeś?

- Z jednej strony tak, bo wiem, czym to pachnie. Ale z drugiej strony, jeśli moje dzieci nie doświadczą cierpienia i tego, że w tym cierpieniu Pan Bóg jest z nimi, to ich życie nie będzie pełnowartościowe.

 

Będą do końca życia klepać paciorki?

- Równie dobrze mogą się modlić do słoika z naftaliną. Gdzie prowadzi się dialog z Bogiem? W cierpieniu. Jako sześcioletnie dziecko przeszedłem zapalenie opon mózgowych. Wylądowałem w klinice neurologicznej w Prokocimiu. Przeżyłem, ale okupiłem to tym, że miałem potworne migreny. Trwały kilka dni i nocy. Koszmar. Pan Bóg mnie z nich uzdrowił, mówiłem to w „Radykalnych". To był dowód na to, że Boże dotknięcie było prawdziwe, nie było żadną ściemą. „Uzdrawiam cię z choroby, którą masz od dziecka" - powiedział mi Pan Bóg przez o. Krzysztofa Kowalskiego w czasie modlitwy o uwolnienie. I uzdrowił mnie.

 

Pan Bóg zabrał Ci potworne migreny, ale musiał pootwierać inne furtki...

- Jasne. Najlepszym sposobem umierania dla siebie jest twoja rodzina. Nie możesz już robić tego, co chcesz. Przy czwórce dzieci? Nie możesz być swawolnym Dyziem, który chodzi tam, gdzie chce. Nawet nie pamiętam, kiedy byłem ostatnio w kinie. A, nie... Pamiętam. To była „Zabójcza broń IV". Justyna była w ciąży i w trakcie seansu miała smak na zielone jabłko. Słuchaj, „Zabójcza broń" to mój ukochany film. Uwielbiam Mela Gibsona. Napięcie wzrasta, szczytowy moment akcji, a Justyna jęczy: Grzesiek, ja chcę jabłko. Zielone. - Dobrze, kochanie, kupię ci po seansie kilogram. - Ale ja chcę teraz. I mówi coraz głośniej i głośniej. Ludzie zaczynają się za nami oglądać. Co było robić? Wybiegłem z kina i zapieprzałem po Marszałkowskiej, szukając zielonych jabłek...

 

To nie jest z Tobą tak źle. Nie znam faceta, który by zrobił coś podobnego. W połowie seansu?

- Ale to było tylko raz (śmiech). To był trudny czas. Lekarz powiedział Justynie, że to jest obumarła ciąża i trzeba ja usunąć. Załamała się, ale nie chciała mi o tym powiedzieć. Powiedziała dopiero wtedy, po wyjściu z kina, by mi nie psuć zabawy. Po tygodniu inny lekarz powiedział, że wszystko jest w porządku, a dziecko się rozwija. Myślałem, że jak dorwę tego pierwszego konowała, to... Marysia urodziła się w dzień, kiedy moja żona miała bronić pracę magisterską.

 

Mówisz, że nie masz zbyt wielu doświadczeń mistycznych. A przy narodzinach Zosi, drugiej córeczki?

- Ooo, tak. To była mocna akcja. Wróciliśmy nad ranem z Paschy. Położyłem się obok mej żony. W stylu biblijnym (śmiech). Nagle coś mnie obudziło. Zwlokłem się nieprzytomny z łóżka, usiadłem w kuchni, oparłem głowę na rękach i mówię: - Co jest grane? Szósta rano. Powinienem spać do południa. I nagle słyszę w uchu wyraźny głos: - Zapamiętaj tę noc, bo tej nocy poczęło się twoje drugie dziecko. Stary, zerwałem się jak szalony, pobiegłem do Justyny: - Będziemy mieć dziecko! A ona zaspana: - Głupi jesteś, daj mi się wyspać (śmiech). Po 9 miesiącach urodziła się Zosia.

 

Zosia lubi się modlić?

- Moje dzieci modlą się tylko wtedy, gdy my się z nimi modlimy. Gdy mówię: idźcie umyć zęby, pomodlić się i spać, to nigdy się nie pomodlą. Ale gdy klękamy razem z Justyną, modlą się. One też mają swoje zmartwienia. Słyszę: „Nie będę się z tobą bawiła" albo „Jak będziesz się bawiła z Marysią, to już nie będę twoją koleżanką". Dzieci są okrutne. A Marysia jest niezwykle wrażliwa... W tym roku przystąpiła do Pierwszej Komunii. W ostatnim dniu przygotowań siedziała w ławce z chłopakiem, który cały czas gadał o prezentach, które dostanie. Zdalnie sterowana łódź, odtwarzacz mp3... A Marysia na to: - A ja za to dostanę Pana Jezusa! (śmiech) Słuchaj! To jest odpowiedź! Bo ja jej powiedziałem: - Marysiu, komu-nia to nie jest dzień prezentów. Powiedz, co chcesz, to dostaniesz to 3 miesiące wcześniej na urodziny. Ale nie na komunię!

 

„Moja żona jest magistrem prawa, siedzi w domu, gotuje, pierze, sprząta, chodzi na spacery z dziećmi, karmi je i oporządza oraz doi ze mnie kasę na zakupy. Tak właśnie wygląda umieranie Justyny Wacław, która zmarnowała dobrze zapowiadającą się karierę prawniczą dla jakichś bajek o chrześcijaństwie i swojego godnego pożałowania męża, czyli mnie" - opowiadałeś kilka lat temu. A teraz?

- Teraz Justyna pracuje w swoim zawodzie. Jest prawnikiem, o czym zawsze marzyła. Podziwiam ją za wytrwałość. Myślę, że to, co się teraz dzieje w naszym życiu, jest nagrodą za czas, kiedy musieliśmy pocierpieć. Nie było łatwo. Pracowałem na rodzinę sam, miałem głodową pensję, na wszystko brakowało nam pieniędzy. Po ośmiu latach siedzenia w domu Justyna zaczynała już świrować. I nagle dostała świetną pracę. Widzę, że to jest nagroda za te lata siedzenia w domu.

 

Czy to prawda, że zawsze, gdy Justyna była w ciąży, Ty traciłeś pracę?

- Prawda. Tak było.

 

Co wtedy robiłeś? Krzyczałeś do Pana Boga: dlaczego mi to robisz?

- Nie. Byłem spokojny. Justyna kazała mi szukać ogłoszeń, pisać CV. Ja to robiłem, ale jakoś bez przekonania. Wchodziłem z Bogiem w konkretny dialog: OK. Dałeś nowe życie, to teraz znajdź mi robotę, bym je utrzymał.

 

Ostro...

- Nie. Trzymałem się tego, że Bóg jest wierny. Dwa razy w mojej „karierze zawodowej" wyrzucali mnie za odmowę pracy w niedzielę. Czekałem na ruch Boga i zawsze dostawałem nową pracę. On nigdy nie zostawił mnie na lodzie. Byłem spokojny. Wiedziałem, że jest Pan Bóg. I koniec.

 

I co, wstajesz codziennie rano i jesteś spokojny, „bo jest Pan Bóg"?

- Wstaję rano i jestem nieprzytomny (śmiech). Otwieram oczy i modlę się słowami, których nauczył mnie o. Darek Cichor: „Panie Boże, dziękuje Ci, że żyję". Koniec. Kropka. Dziękuję za to, że się obudziłem, za żonę, która mnie nie zostawiła, mimo że jestem psychopatą, za moje kochane dzieci. Po co mówić więcej?


Podziel się
oceń
2
1

komentarze (0) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


niedziela, 20 sierpnia 2017

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O moim bloogu

blog powstał jako poboczny do moich notatek by umieszczać tu teksty których ja nie tworzyłem, a które są dla mnie ważne, moje tropy...

kim jestem?